Forum Gryfońskie Strona Główna Gryfońskie
Gwardia Godryka Gryffindora
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sprzeczka

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Gryfońskie Strona Główna -> Fanfiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Iguanka.
Sadystyczna Jaszczurka



Dołączył: 24 Wrz 2005
Posty: 808
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Nie chcesz wiedzieć

PostWysłany: Śro 23:47, 21 Gru 2005    Temat postu: Sprzeczka

<Scenka rodzajowa: Iguanka wali głową w klawiaturę, W. stoi obok, nonszalancko oparty o framugę>
Dlaczego. Ja. Ciebie. Posłuchałam! A obiecałam sobie! Nigdy, choćby mi mieli obie ręcę obciąć, nie napiszę nic, co będzie miało w środku ten przeklęty pairing! Ale ty musiałeś mi to podpowiedzieć!
To był tylko dialog.
To poniżej jest okropne!
Nie jest aż tak źle.
Jest! I to przez ciebie! Ja się zabiję...
<W., wbrew protestom, wkleja>



"Sprzeczka"

Kopnęła ze złości kamień. I drugi. Trzeci o mały włos nie wylądował w rynsztoku. Ta czynność nie miała najmniejszego sensu, gdyż ani kamyki nie miały z niej żadnych korzyści (wyłączywszy możliwość przemieszczenia się), ani nie przechodziła jej złość.
Było zimno. Tak, zimno, ciemno i wyjątkowo nazbyt niebezpiecznie jak dla dwudziestoparoletniej, samotnej dziewczyny. Samotnej, opuszczonej, niechcianej... Moment... Nie, coś nie pasuje. Owszem, miała te swoje lata, temperatura była niższa, niż przewidywała, w każdej chwili mogła uświadomić sobie obecność czyjejś różdżki na karku, ale nie była samotna. Przemierzała ulice sama, nie samotnie. Samotność to stan, kiedy człowiek utwierdza się w przekonaniu, że nikogo przy sobie nie ma, często błędnym. A przy niej ktoś był. No, może w metafizycznym tego słowa znaczeniu. Przecież miała chłopaka. Nie w tej minucie, nie na tej ulicy, lecz tak normalnie to miała.
I wcale nie była na niego zła. O nie.
No... Może. Troszeczkę. Tylko ociupinkę, nie więcej.
Niby czemu miałaby być zła? Jedynie dlatego, że on nie chce zaakceptować jej ambicji? Że jej nie rozumie i nie ma zamiaru poprawiać tego stanu rzeczy? Że, metaforycznie mówiąc, podcina jej skrzydła wyobraźni i inicjatywy? Dlatego, że zachowuje się jak ostatni samiec, nie pozwalając jej się spełniać życiowo, a jednocześnie upatrując jej pozycję jako porządna żona przy garach? Przecież to nie są powody do złości!
Nie, absolutnie. Ich po prostu jak zwykle poniosło. A zwłaszcza jego.
Kolejny kamyk trafił do kałuży, rozbryzgując na boki jej muliste wnętrze. Ona nie była winna. Ani tej kłótni, ani tamtym. Broniła się zawsze, bo duma nie pozwalała poddać się bez walki. To on zawsze zaczynał. Już od najmłodszych lat, tych szkolnych, do niego należało pierwsze, prowokujące słowo, niby okruch skalny poruszający lawinę. Logicznie myśląc, do niej należało ostatnie.
I to zawsze ona musiała iść tymi zapuszczonymi, ciemnymi ulicami Londynu, ku specjalnie wydzielonemu osiedlu dla pracowników Ministerstwa. Teleportować się nie mogła, bez przepustki to niemożliwe. Blokada. Przeklęte przywileje.
Gdyby nie ona, za żadne skarby obu światów nie zostałby aurorem i nie miałby prawa tu mieszkać. Nie, żeby to była jakaś prestiżowa dzielnica. Wręcz przeciwnie. Tego się nawet dzielnicą nazwać nie dało. Ministerstwo wyraźnie nie dbało nawet o własne służby i personel. Dwa bloki po cztery klatki schodowe, zagajnik i budynek administracji. Jeszcze sklepik przy skwerku - to wszystko, z czego się składało osiedle. Całość wybudowano zaledwie kilkanaście lat temu, lecz już widać było ślady zaniedbania. Mieszkali tu głównie praktykanci, zwykli pracownicy o uboższej kieszeni, studenci Akademii Aurorów i ci absolwenci wymienionej szkoły, których jeszcze nie było stać na własne domostwo. Naprawdę nic imponującego, a bez niej nie miałby nawet tego.
Same marzenia o zostaniu słynnym aurorem, wbrew opinii wielu chętnych, nie wystarczają. Chcieć to móc, jak najbardziej, jednak trzeba czegoś więcej. Mianowicie umiejętności i pracowitości. Tego ostatniego w osobowości jej ukochanego było niepokojąco mało. Postanowiła mu pomóc, jeszcze jako przyjaciółka. Nie było to do końca uczciwe, zwłaszcza, jeżeli wliczać w to bardzo rozległą pomoc przy pracach domowych. Musiała troszczyć się o pomyślny wynik jego egzaminów, zazwyczaj bez żadnego podziękowania, wręcz spotykając się z odrzuceniem i automatycznie odbierając sobie czas na naukę. Sprawa nie miała się inaczej wobec drugiego mężczyzny z ich "paczki". Równie leniwy, lecz jemu to wszystko wchodziło nieco szybciej do głowy. On też pewnie nie osiągnąłby miana jednego z najskuteczniejszych aurorów bez tej odrobiny jej wsparcia. Bez niej byłoby im znacznie trudniej.
Westchnęła ciężko. Zadrżała, gdyż powiew wiatru przyniósł ze sobą dodatkową dawkę listopadowego chłodu.
Co dostała w zamian? Nic szczególnego. Zero tolerancji dla jej pomysłów, mało zainteresowania jej osobą i miliony wytłumaczeń, dlaczego to jej druga połówka znów nie mogła zjawić się na spotkaniu szykowanym od tygodnia. Ale tego, co jej powiedział dwa tygodnie temu, nie mogła puścić bez echa. Czy jemu naprawdę się wydaje, że kobieta interesuje się tylko i wyłącznie kucharzeniem? Litości, ona też ma jakieś potrzeby społeczne!
Poszło o WESZ. O samo jej istnienie, choć założyła ją dawno temu. Sugerował, że to dziecinada, że ma jakieś wydumane pomysły, których nikt nigdy nie poprze, jeśli nie zostanie potraktowany Imperiusem. Oszczerstwo! Śmiał jej to mówić teraz, kiedy Walka o Emantypatię Skrzatów Zniewolonych liczyła już kilkudziesięciu członków i śmiało można było nazwać ją pełnoprawną fundacją. To już nie była tylko jej skromna inicjatywa, a idea, za którą szli inni, tak samo jak ona niezaślepieni. Stwierdzili, że jest dobrym przywódcą i poprowadzi ich do sukcesu. Nie mogłaby tego rzucić, choćby ze względu na tych nielicznych, oddanych jej czarodziei. Myślała, iż raczej zrobi ukochanemu przyjemność, mówiąc o swoich osiągnięciach. A ten tak się zachował! Niech to diabli!
Wreszcie dostrzegła zakręt, za którym wychodziło się na oświetloną latarniami Hill Street. Jeszcze jedna przecznica.
Od momentu, gdy zatrzasnęła za sobą drzwi jego mieszkania, nie miała od niego znaku życia. Dwa tygodnie i ani jednej sowy, rozmowy przez kominek, posłańca, wizyty, telefonu (bo takowy miała), wygłupu, który zostałby opisany w gazecie, nic! Obraził się na nią, chociaż powinno być odwrotnie. Boczył się jak pięciolatek, któremu zabrano cukierka. Ostentacyjnie nie zwracał na nią uwagi, gdy mijali się na Pokątnej. I niby które z ich dwojga jest dziecinne?
Była coraz bliżej celu. Już mogła dostrzec szpiczaste, miedziane dachy bloków, widoczne tylko dla czarodziejów oraz charłaków. Nikłe światło gwiazd odbijało się od wypolerowanej powierzchni.
Oho, już czas na układanie planu. Zaczęła to robić u siebie, zakładając buty, lecz wolała wszystko poukładać tuż przed konfrontacją. Szło to mnie więcej tak. Drzwi do klatki schodowej otwiera sama swoim kluczem tak, aby, jak będzie do niego pukała, sądził, że to jeden z sąsiadów. Jeżeli się okaże, że nie ma go, to zostawia u niego szalik. Będzie miał powód, żeby do niej przyjść. Jeżeli zaś będzie w domu z kimś, to poprosi, żeby wyszedł do niej na korytarz z tekstem "Tylko na chwilę". Będzie musiał się streszczać w ewentualnej kłótni. Jednak wersja najbardziej prawdopodobna i, jak dla niej, najmniej komfortowa przewidywała, że zastanie go samego. Wtedy trzeba będzie zablokować drzwi butem i szybko rzucić jakieś trafnie dobrane zdanie. Dalej wszystko szło z górki, lecz tu narastał problem. Jakie zdanie?
Może "Ja tak dłużej nie mogę"? Nie, zbyt dwuznaczne. "Chcę to wreszcie skończyć" odpadało z tego samego powodu. "Jesteś dzieckiem, lecz przyszłam to naprawić" nie miało żadnego sensu. "Nie lubię i nie umiem się kłócić" było po części kłamstwem. Hm...
Eureka!
"Wolę pięć lat słuchać twoich utyskiwań, niż pięć minut nie słyszeć cię w ogóle". Wierutne kłamstwo, jednak daje efekt. Albo "Wolę spędzić z tobą pięć lat w lochach, niż pięć minut bez ciebie". Jeszcze większy łgaż, lecz pewnie okaże się skuteczny.
Uśmiechnęła się.
Dragon Street, czyli jesteśmy na miejscu.
Stała naprzeciw czteropiętrowego bloku, pokrytego farbą, która za dnia ma kolor kremowy. Cztery wejścia, oświetlane od góry, odcinały się na tle mroku. Ich małe daszki wsparte były na prostych kolumnach, aktualnie nieco odrapanych. Od każdych drzwi biegła żwirowa ścieżka. Tam, gdzie jeszcze kilka tygodni temu był trawnik, nadal ten trawnik był, wzbogacony jedynie przez liczne zmokłe krecie kopce i gnijące liście. Całość ogrodzono niskim płotem, w który wmontowano furtkę. Gdzieniegdzie odpadł tynk. Z tyłu majaczył identyczny obraz.
Oto sposób, w jaki Ministerstwo traktuje prostych obywateli.
Po spenetrowaniu wnętrza przepastnej torby, której zawartość stanowiła jedną z nieodgadnionych tajemnic, znalazła pęk kluczy. Z boku dyndał breloczek w kształcie fioletowej żaby. Wybrała jeden i otworzyła drzwi. Rozdzierający dźwięk nienaoliwionych zawiasów wypełnił uliczkę. Postarała się, żeby przynajmniej przy zamykaniu wydać jak najmniej hałasu. Na nic to było, a na dodatek żwir chrzęścił nieznośnie pod butami. Weszła w krąg światła. Już właściwy klucz wędrował do drzwi frontowych, kiedy te stanęły otworem, omal nie przygniatając jej do ściany. Odpadł kawałek tynku.
Starszy jegomość w nadszarpanym płaszczu szybko ją zauważył i skłonił się nisko.
- Dzień dobry, panienko! - zaszczebiotał radośnie mężczyzna, nakładając z powrotem kaszkiet na prawie łysą czaszkę. - Dawnośmy się nie widzieli. Co pani, chora była?
- Dobry wieczór, panie O'Neel. - Niezauważalnie stęknęła. Ostatnia rzecz, na którą miałaby teraz ochotę, to spotkanie z Mocnym O'Neel'em, wyśmienitym aurorem starej daty, któremu pewien czas temu przestało się dobrze wieść. - Nie, nie byłam chora. Dziękuję za troskę.
- Nie chora? To czemu tak długo się nam panienka na oczy nie pokazywała? - Auror nie dawał się spławić, nawet za pomocą znaczącego spojrzenia.
- Byłam strasznie zajęta. - To proste kłamstwo okrasiła skromnym uśmiechem. Dlaczego musi tu stać?
- Zajęta, pani mówi? Ech, wy młodzi, wiecznie zabiegani. - Starzec potarł zgarbioną dłonią po kilkudniowym zaroście. - Tęskno nam było do pani. Mnie i temu wyliniałemu Krętaczowi.
Cicho westchnęła. W innych okolicznościach na pewno pozwoliłaby sobie na pogawędkę z tym samotnym czarodziejem, któremu jedyne, co zostało, to sędziwy terier o wdzięcznym imieniu Krętacz - jedno z licznych dziwactw O'Neel'a. Ale teraz nie ma na to czasu.
- Obiecuję, że jutro odwiedzę pana koło siódmej. - Nie miała bladego pojęcia, jak to zrobi, zwłaszcza, że jutro zapowiadał się ciężki dzień. Przegląd raportów, kontrola, rozmowa z księgowym, który grozi odejściem... Pomiędzy to musi wpleść spotkanie z emerytem. Chyba nie będzie już gorzej. Jej chłopak będzie miał małe pole do popisu.
- Serio? - Oczy starca zabłysły. - To się cieszę! Wynajdę jakąś dobrą herbatę, może nawet te wiśniową. Panienki ulubioną.
Nie dało się już odkręcić. Facet się zapalił i nie umiałaby go zgasić. Te błyszczące, szare oczy były za bardzo radosne, aby to zrobić.
- Przyniosę ciasto - zadeklarowała i weszła na klatkę schodową. Za drzwiami słyszała jeszcze głuche kroki starego.
Nie mogła się teraz zbyt długo zastanawiać, bo z pewnością się rozmyśli. Niespodziewane natknięcie się na jednego z lokatorów całkowicie oderwało ją od problemu. Po co przyszła? Do kogo? Powoli wszystko wracało do jej świadomości, wraz ze stresem i wizja O'Neel'a całkowicie wyparowała. A szkoda, bo to ją przynajmniej uspakajało.
Krótkimi, szybkimi kroczkami pokonywała wąskie schody. Zza ścian innych mieszkań dobiegały stłumione rozmowy, śmiechy lub kroki sąsiadów. Odgłosy życia przeciekały przez cienkie szpary pod drzwiami, mieszając się ze stukiem jej butów.
Drugie piętro. Numer pięć. To tutaj.
Z niezadowoleniem stwierdziła, że trzęsą jej się ręce i umysł robi się nieprzyjemnie pusty. Plan odpływał gdzieś w dal. "Skup się, idiotko! Nie pozwól się obezwładnić. Przerabiałaś to już dziesiątki razy. To nic nowego. Dasz radę."
Spojrzała na kołatkę w kształcie podkowy. Nie da rady.
Zaraz, co ona miała powiedzieć? Eee... "Wolę spędzić z tobą pięć lat w lochach, niż pięć minut bez ciebie". Tak, to chyba to. Oby tylko zapamiętała, co ma powiedzieć i nie zacięła się, to wszystko jakoś ujdzie. A do tego, to czemu ona jest winna? Niczemu, to on zaczął, on powinien się starać, on miał to kończyć. Nie ona. Jeżeli coś pójdzie nie tak, to nie będzie jej, kurcze, wina! To przez niego!
Przełknęła głośno ślinę. Zaschło jej w gardle, a przecież ma się wydrzeć. Tuż po tym chwytliwym zdaniu, które wymyśliła. Następnie łaskawie przyjmie jego przeprosiny.
Plan był genialny.
Wolała nie zdawać sobie sprawy z tego, jak zapewne wygląda. Jej kozaczki przebyły długą drogę przez pokryte kałużami ulice, płaszcz był pognieciony, zaś włosy zostały potargane zimnym wiatrem. Jakby nie sprawiały wystarczająco dużo kłopotów fryzjerskich.
Z dudniącym nieprzyjemnie sercem chwyciła kołatkę i zastukała. Echo poniosło się po schodach tak, że każdy wiedział o tym, iż ktoś dobija się do bliżej nieokreślonych drzwi.
Nic. W mieszkaniu było cicho, lecz ze szpary jaśniało światło lampy z przedpokoju. Ktoś musiał tam być.
Zastukała ponownie, o wiele silniej.
Nic.
W tym momencie pomyślała, że nie ma gorszej rzeczy, niż pełne oczekiwania napięcie, dopadające cię na chłodnej klatce w bloku, tuż przed mieszkaniem chłopaka. Myślała, że wyjdzie z siebie i stanie obok, aby wtedy załomotać z podwójną siłą.
- Niech to diabli - zaklęła szeptem. Jak tak, to wyjmie klucze i zostawi ten...
Po drugiej stronie coś szurało. Zamek zgrzytnął. Nagle wszystko to, co jeszcze sekundy temu było "jasne i przejrzyste", urosło do rangi "zagmatwane i niemożliwe". Umysł jak biała kartka.
"Wolę spędzić z tobą pięć lat w lochach, niż pięć minut bez ciebie. Pamiętaj!"
Spróbowała przybrać jakąś dumną pozycję. Nie wychodziło.
Drzwi się wreszcie otworzyły i stanął w nich nie kto inny, jak właściciel mieszkania. On. Oficjalnie jej chłopak. Teoretycznie już powinna zacząć wydzierać się, czy chociażby powiedzieć coś. Jednak biały, puchaty ręcznik około bioder i wszechogarniająca wilgoć uwięziły głos gdzieś między gardłem a oskrzelami w postaci gorącej, ciężkiej kuli. Teraz wiedziała, dlaczego tak długo mu zajęło dojście do drzwi. Był pod prysznicem. Nie przewidziała takiej opcji i zdąrzyła stwierdzić, że jeszcze mocno to odczuje.
Pozostawało tylko otworzyć usta ze zdumienia i gapić się. Prosto w nagi tors.
"O cholera..."
Gdyby oglądała tą scenę na taśmie wideo, z pewnością chichotałaby jak opętana, choć nie było jej do śmiechu.
- Hermiona? - Mężczyzna był co najmniej lekko zaskoczony. Nic w tym dziwnego. - Co ty tu robisz?
Odchrząknęła. Lepiej.
- Ja... Przyszłam ci powiedzieć, że... - To było żenujące. Zaniemówić z powodu klatki piersiowej. Co z tego, że nie swojej i obnażonej? To wciąż był element ludzkiego ciała. Starała przekonać do tego własną świadomość, lecz jej rozum wziął sobie wolne, zostawiając stanowisko pod opieką pierwotnych instynktów. Bomba.
- Wolę pięć lat w bez ciebie w lochach, niż spędzić pięć minut z tobą - palnęła bezwolnie.
- Słucham? - Ron wydawał się być zbity z tropu, jeżeli nie zupełnie skołowany. - Skoro tak, to dlaczego tu przyszłaś?
"Jak to: po co? Żeby rozwiązać ten dylemat! Tylko dlaczego on..."
Dopiero wtedy dotarło do niej, co chciała powiedzieć, a co w rzeczywistości wypłynęło z jej ust.
"O CHOLERA!".
- O cholera! - Myśl szybko przeistoczyła się w krzyk. Spartoliła. Spartoliła całą sprawę przez zaćmienie umysłu nadmiarem stresu oraz niestosownych bodźców zewnętrznych. Cała wizyta na nic. Zaraz wyrzuci ją za próg, zerwie z nią, albo, co gorsza, weźmie za niepoczytalną i spyta się, gdzie podziała rozum. Dlaczego on musiał stanąć przed nią w samym ręczniku? No dlaczego?!
"Nie..."
Weasley nie wiedział do końca, co robić. Jego druga połówka właśnie przed momentem wyznała mu swą wielką pogardę dla jego osoby, zaś aktualnie stała, wpatrzona w jeden punkt i chyba odłączyła się od świata zewnętrznego. To mogło być niebezpieczne. Postanowił przypomnieć jej o swojej obecności.
- Pytałem się ciebie, dlaczego tu...
- Mam tego dość! - krzyknęła płaczliwie. Jak ma ją wywalić na zbity pysk, to co za różnica, czy na niego nawrzeszczy, czy nie? Całe zdenerwowanie, stres, obawy wybrały sobie na uwidocznienie się oraz atak właśnie ten moment. - Przez ciebie i ten twój durny negliż - Dźgnęła go w klatkę piersiową - plącze mi się język. Skoro nie umiem się wysłowić, to znak, że powinnam być na skraju wytrzymałości nerwowej i desperacji. - Po namyśle dodała. - Ja jestem zdesperowana!
Nie zauważyła, kiedy przestała stać w progu ani kiedy Ron zaczął się nerwowo cofać w głąb mieszkania. Zapewne wyglądała jak upiór. Rozczochrany, rozdygotany upiór z przekrwionymi oczami.
I wtedy, czy to z powodu wewnętrznego napięcia, czy taki był zamiar (bierny widz opowiedziałby się za pierwszą opcją), pocałowała go.
Krótko oraz niezgrabnie, ale się liczy.
Pierwszą reakcja rudzielca było uporczywe mruganie. Zaś drugą...
- Ahgrrr... - wycharczał w uniwersalnym dialekcie pierwotnych odgłosów, aż udało mu się sklecić pełniejsze zdanie. - Dlaczego to zrobiłaś?
Sama się nad tym zastanawiała. To było instynktowne zachowanie. Nagły wybuch pożądania?
- Poniosło mnie. - Doszła do zaskakującego wniosku. Chwilowo tak jakby... ostygła. - Jestem zdenerwowana.
- I zdesperowana - podsunął uprzejmie.
- To także - przyznała. Nawiedziło ją pewne spostrzeżenie. - Zakochani się całują. To też pewnie powód. Ja cię kocham. Nie mam na to żadnego wpływu. Tak już się stało.
Szczera prawda. Jeżeli chodzi o miłość, to perfidny Los nie dał jej najmniejszego wyboru. Co z tego, że tak jest z miażdżącą większością ludzi? To nie jest w porządku. całe jej życie uczuciowe nie jest w porządku. W niczym nie pytają jej o opinię, z czego ten rudzielec stojący na wprost niej okazywał to niezwykle ostentacyjnie. Może ona chciałaby decydować o sobie? A skrzaty...? Też nie może się nimi zająć? Niby czemu? Jest gorsza, czy co?!
Znów do krwi napłynęła adrenalina. Chciała to z siebie wyrzucić. A Ron stał najbliżej i był łatwym celem.
Zacisnęła ręce w pięści.
- To niesprawiedliwe! - Mężczyzna omal się nie przywrócił, taka była siła pierwszego ciosu werbalnego. - Nie mogę wybrać obiektu własnych uczuć! Choćby miał to być ostatni troglodyta. Jak ty! - Palec znów wskazywał na tors. - Nie szanujesz mojego zdania, krytykujesz, pomiatasz! - Każde słowo było oddzielnym ukłuciem ostrego paznokcia. - Lecz ja muszę cię kochać. Jestem... - Poprzez czerwoną mgiełkę złości szukała właściwego określenia. - Jestem... niewolnicą! Tak, niewolnica własnych uczuć!
Ron zamilkł, porażony wybuchem. Wrzeszczała mu prosto w tą piegowatą, wydłużoną, bladą twarz. Wystraszoną i sprawiająca wrażenie, jakby jej największym marzeniem było deportować sie stąd w trybie natychmiastowym. Twarz, która bardzo często wykrzywiała się ze złości w niedzielne popołudnia nad stołem kuchennym.
Kochana twarz.
"Może kochana, ale to nie zmienia faktu mojego niewolnictwa". Próbowała nie myśleć o Ronaldzie w ten głupi, irytujący sposób, skłaniający ją najczęściej do zaprzestania kłótni, zakopania broni i wtulenia się w te silne ramiona. Wyjątkowo jakoś jej szło. Tym razem postawi na swoim. Wysłucha całego kazania. Dość dyskryminacji kobiet w tym domu! Czy raczej mieszkaniu. Wolność sumienia! Wolność myśli! Wolność skrzatom domowym!
Któraś z tych emocji musiała się uwidocznić na jej twarzy.
- Uspokój się! Nic ci przecież nie robię. - Głos Rona delikatnie drżał. - Zachowujesz się jak histeryczka.
Wyrwała się z jego dłoni równie szybko, jak one chwyciły ją kurczowo za ramiona. Nie da się kontrolować!
- Jak to nie? Jak to nie?! Każde moje słowo uznajesz za bzdurę, każdą inicjatywę za żart i nieracjonalną zachciankę! Nie mogę nic przedsięwziąć!
- Aaa... Chodzi ci znowu to tą twoją wesz - Olśnienie spadło na Rona, który wymownie przewrócił oczami.
Przewrócił oczami? Ej, coś nie tak. To ona tak zawsze robi, nie on! On znowu kpi!
- Nie przerywaj mi! I nie mów do mnie takim tonem! To nie pomaga mi się z tobą pogodzić. - Jej pierś falowała w taki sposób, że zmusiłaby porządnego zakonnika do zamknięcia się w swej celi na resztę życia, pogrążając się w wyrzutach sumienia za nieczyste myśli. - Nie mogę bez ciebie żyć, choć nie raz i nie dwa próbowałam. Muszę przerwać ten impas, mimo że nie chcę! Ty ani razu nie wyciągnąłeś pierwszy ręki! Może ja...
- Hermiono, przestań! Opanuj się! - Weasley starał się jakkolwiek uspokoić swą, aktualnie wyjątkowo rozjuszoną, lubą. Jednak Granger rozkręciła się na dobre, co można było rozpoznać po zlepkach zdań, nie mających głębszego sensu. Płytkiego zresztą też nie posiadały. Nie było siły, która trafiłaby do jej zamglonego w tej chwili umysłu. Lecz próbować można zawsze. - Daj mi dojść do słowa!
Nie panowała już nad sobą. Złość przejęła stery jej działań i robiła spustoszenie. Cichutki głosik w jej głowie szeptał, że to nie poprawia jej sytuacji, a wręcz odwrotnie. I że po tym wszystkim będą ją strasznie skronie bolały oraz gardło.
- Cały czas to samo, a zaczęło się już w szkole! To ja robiłam za was notatki, uczyłam się, odrabiałam prace pisemne - Odliczała na palcach - tylko dlatego, że się nie chciało wam choćby kiwnąć palcem, darmozjady! Jestem za dobra! A wy to bezczelnie wykorzystujecie! - Z przeprosin zawsze robią się wypominki, tak głosi reguła. Przynajmniej w ich związku. Stosowała się do niej bezbłędnie. - Prawie was adoruję, a powinno być odwrotnie!
- Zamknij się! Błagam, umilknij na moment! - Młody auror walczył zażarcie o prawo głosu. Na próżno. Była nieosiągalna. Mentalnie, oczywiście.
"Trzeba ją wyrwać z tego tak zwanego amoku. Krzyki na nic" podpowiadało mu doświadczenie.
Tylko jak tego dokonać?
Wrzaski nie odnoszą żadnych skutków. Spływają po niej jak po kaczce woda. Toteż postanowił przejść do środków przymusu bezpośredniego. Ale bez bicia. Po pierwsze dlatego, że nie chciał jej robić jakiejkolwiek krzywdy, a po drugie, iż z pewnością by mu oddała. Mocniej.
Po krótkiej analizie chwycił ją za ramiona i gwałtownie potrząsnął. Nie dało to większego rezultatu oprócz bólu w przedramionach, zalążka siniaka na goleni od uderzeń Hermiony i dalszego ciągu monologu.
- Nie szarp mnie! W ogóle mnie nie dotykaj. Traktujesz mnie jak popychadło. Jak... jak skrzata! Ty chyba potrzebujesz niewolników i dlatego nie pozwalasz mi pomóc tym bezbronnym stworzeniom. Okrutnik! - Wyżywała się dalej, a każde nowe słowo niosło następne. Nieprzerwanie. Jak perpetuum mobile.
Sytuacja wymagała, by powziąć jakieś działania natychmiast, bo lada moment mogło się rozpętać większe piekło. Apogeum. Mianowicie, ze słów do rękoczynów. Oczywistym było, że jej zmysły nie działają w prawidłowy sposób, przytłumione nadmiarem adrenaliny. Jak wtedy, gdy jedzie się za szybko samochodem. Nic więcej się nie liczy. Aż trudno mu było uwierzyć, że ma na myśli swoją dziewczynę, odwieczną, grzeczną kujonkę, której łamać przepisy zdarza się jedynie pod naciskiem otoczenia. Nie wiedział, co robić. Jego kobieta przeżywa trzecie w tym miesiącu załamanie nerwowe i to na jego oczach. Nieomylny znak, że jest wyraźnie przemęczona. Jak (a raczej jeżeli) uda mu się z tego wydostać cało, zacznie jej robić masaże relaksujące i herbatki z melisą. Może jej to obiecać, żeby nareszcie zamilkła. Zaczynało mu być zimno w samym ręczniku.
Teraz było już dwoje zdesperowanych ludzi w pokoju.
Miał plan. Ale zaryzykować palce czy zęby?
Wziął wdech na uspokojenie i powołał się na rzecz ostateczną.
- Wiecznie to samo. Ty i te twoje wymaga...
Hermiona czuła się wyzwolona. Tak, o właśnie. Wolność, tak jej się przynajmniej zdawało, płynęła ognistym strumieniem w jej żyłach. Świat się nie liczył. Takie niezwykłe uniesienie. Zapomniała, po co właściwie przyszła, więc zdziwiła się, gdy coś delikatnie owinęło się jej wokół pleców. I nagle zamilkła. Nie z własnej woli, coś przesłoniło je usta i dźwięk został stłumiony.
Otrzeźwiała w jednej chwili.
Ręcznik dotykał jej jesionki. Wilgotne jeszcze ramiona obejmowały ją tak, jakby miały jej nie puścić już nigdy, co wpierw wydawało się krępujące, zaś później... Przeciwnie. Usta przesłoniły jej czyjeś wargi. Krople wody kapały nielicznie na jej twarz. Było... przyjemnie. Jak zwykle. Tylko trochę bardziej wilgotno.
Ona naprawdę tak pomyślała?
Odsunął się od niej wolno. Zadziałało. A jak jeszcze dorzuci herbatę, to pewnie będzie rewelacja.
- Zgoda?
Popatrzyła mu prosto w oczy. Podobno to one są zwierciadłami duszy, lecz ona rzecz jasna w takie bzdury nie ma zwyczaju wierzyć. Ale ten taki wyraz... Nie wiadomo, dlaczego, ale grunt, że wszystkie złości poszły chyba na imigrację gdzie indziej. Być może na stałe. Aż do następnej sprzeczki, naturalnie. Bo wtedy... Bój się Boga, Weasley!
- Zgoda. - Cmokneła go w policzek.
- Herbaty? - zapytał z uśmiechem błąkającym się na wargach.
- Może być.
Co z tego, że nietolerancyjny, czasem grubiański i dziecinny? Że nie okazuje jej zazwyczaj, jak bardzo jest dla niego ważna oraz nie pojmuje jej przedsięwzięć? Ron jest jej, a ona jego. Zaś sprzeczki wspólne.
Tak ma być!



<Iguanka idzie się powiesić>


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Tikula
Sklątka



Dołączył: 22 Gru 2005
Posty: 8
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 23:33, 22 Gru 2005    Temat postu:

---

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Tikula dnia Sob 21:41, 18 Sty 2014, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Gryfońskie Strona Główna -> Fanfiction Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin