Forum Gryfońskie Strona Główna Gryfońskie
Gwardia Godryka Gryffindora
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Veto! (zakończone)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Gryfońskie Strona Główna -> Fanfiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Iguanka.
Sadystyczna Jaszczurka



Dołączył: 24 Wrz 2005
Posty: 808
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Nie chcesz wiedzieć

PostWysłany: Pią 14:06, 30 Cze 2006    Temat postu: Veto! (zakończone)

Tak to bywa. Bo Wen to rzecz kapryśna. Kiedy się go chce, to ucieka, mimo uwiązania do kaloryfera. Zaś jak nie trzeba, to gnębi i kusi. W. tym razem był bardzo pomysłowy. Złapał, gdy szłam do swego pokoju. Taka niewinna i zupełnie beztroska...
No co ja poradzę, że wkurzył mnie ten setny tego dnia spot wyborczy Ligi Polskich Rodzin? No co ja zrobię?!
Tekst powinien być uzupełniony o wiele bardzo ciekawych skojarzeń. Niestety, i to, że były długie przerwy w pisaniu, i długie oczekiwanie na zbetowanie (ale i tak koHam moją poczwarę) wpłynęło znacząco na aktualność. Trudno się mówi.

Niniejszym tekst ten dedykowany jest:
*Tikulce (zwanej inaczej Gawronem lub Wroną, zależy od jaszczurzego humoru) na dobry początek dalszej netowej ze mną znajomości i za świadkowanie
*Maawi, na szczęście
*Ziruś, bo nie ma nikogo lepszego, jeżeli chodzi o wspólne komentowanie blogasków
*Lati, ażeby Dimę zdobyła
*kfiatkowi, za całokształt
I reszcie świty prorokowej, której wymieniać tu nie będę, bo jest zbyt wielka. Czujcie się docenieni. Może to nie jest cukrowy pastorał, ale się liczą chęci. No, mam nadzieję, że się liczą.



WSZYSTKIE OSOBY, KTÓRE SĄ CZUŁE NA PUNKCIE SWEJ ORIENTACJI POLITYCZNEJ PROSI SIĘ O NIEZWŁOCZNE OPUSZCZENIE TEMATU.

„Veto!”

czyli jedni do Sasa, drudzy do Lasa


- Dziękuję, miłego dnia. A co dla pani?
- Dobry. Dwa kilogramy śliwek węgierskich i bułkę wrocławską.
- I oczywiści...
- Tak, ogórki konserwowe.
Sprzedawca odwrócił się i ustawił wybrane przez nią produkty na wytartej ladzie. Słoik stuknął głucho.
- Że też daje pani rade je wszystkie zjeść...
- Nie pana interes, co z nimi robię.
- To jasne, że nie. – Wystukał skomplikowany ciąg liczb na kasie... tej, no... fiskalnej.
„Nowy nabytek. Się wykosztował, jak rząd rozkazał” przeszło jej przez myśli.
- Razem bendzie... jedenaści dwadzieścia pinć.
„Najwyraźniej tu też wprowadzają te nowe reformy, bo inaczej to z pewnością by nie nabył tego...”
Ostatnie słowa skutecznie przerwały tok jej rozmyślań.
- Co?! Ile?
- Jedenaści złoty i dwadzieścia pinć groszy – powtórzył, jak zwykle myląc się w sprawach językowych.
- Niby jak? Daj pan ten kwit. – Wyszarpnęła kawałek papieru, który wypluła maszyna.
Ludzie za nią zaczęli się bezczelnie gapić.
- Normalnie, psze pani – jął tłumaczyć Sprzedawca. – Śliwki po czy dziesięć za kilo, bułka dwa złote z pięcioma groszami, ogórki czy pinćdziesiąt.
- Moment! Śliwki były zawsze po dwa pięćdziesiąt za kilogram u pana, a bułka złotych siedemdziesiąt. Tylko ogórki są bez zmian.
- Tak, ale wie pani, jak to jest. Prawo popytu, VAT i podrożało. Nic tu nie wskóram.
Rozzłościła się
- A niech pana druzgotek popieści!
- Słucham?
- To pańskie pieniądze. – Rzuciła należność i wzięła foliowe siatki z lady. – Żegnam.
Wyszła, trzaskając plastikowymi drzwiami o futrynę. Klienci patrzyli się jeszcze chwilę za nią, aż wrócili na powrót do targowania się ze Sprzedawcą.
"Skandal!", kołatało się w głowie starszej pani. "Okradać ludzi ze wszelkich pieniędzy, jakie mają, a i tak tego nie jest dużo!". Tupnęła. Trafiła idealnie w dziurę między płytkami.
- A niech to szlag! - przeklęła, nieomal nie wywracając się na beton. Zakupy zagrzechotały w siatce. W ostatniej sekundzie złapała się za słupek przy parkingu.
"Zabiję się!" stwierdziła pesymistycznie. "I to wszystko będzie wina tych przeklętych facetów z administracji osiedla! Ale odszkodowania by nie zapłacili, o nie! Co złego, to nie oni!"
Dzień był pochmurny, lecz poziom zachmurzenia nie mógłby stawać w szranki z burzliwymi myślami staruszki. Szła żwawym krokiem do przystanku autobusowego, tego przy punkcie naprawy telewizorów, zagłębiając się coraz bardziej w smętne rozważania.
"Ktokolwiek rządzi w tym kraju, wyraźnie chce mnie zniszczyć" ta oto konkluzja zajaśniała w jej umyśle jak neon. Buty z niskim obcasem wymierzały równe tempo. Ludzie, zawierzając staremu instynktowi, samowolnie usuwali się na bok. I słusznie. Bo który mugol niby lubi spotkania bezpośrednie z wściekłą wiedźmą?
"Ceny idą w górę, przestępczość tak samo, drogi oraz domy się rozpadają w oczach. A oni uważają się za władców. Im to trzeba prawdziwych władców podetknąć pod nos, takich, co umieją nad wszystkim zapanować, chociaż możliwe, że nawet to nic by nie dało."
Usiadła na żółtej, odrapanej, przystankowej ławeczce. Jak na szesnastą była znikoma liczba ludzi. Tylko siedmiu potencjalnych pasażerów. Obok niej jakiś chłopak mocno gestykulował podczas rozmowy z dziewczyną. Miał na sobie kurtę we wzory militarne i ciężkie, wojskowe buty. jego koleżanka była odziana w podobnym guście. Młodzież! Zakała narodu. Zaś z boku, na ścianie przystanku, wisiał niezwykle intrygujący plakat...

BONAWENTURA SĘDZIWOJ
Kandydat Czarodziejskiego Zjednoczenia Arystokracji Demokratycznej na urząd
MINISTRA MAGII RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

Niżej usytuowana była podobizna czarodzieja w wyjątkowo strojnej, srebrzystej szacie i z miną, jakby mu ktoś ciągle nadeptywał na odcisk. Siwe włosy miał związane z tyłu w... warkocz.
"Transwestyta" pomyślała dobitnie czarownica. "I to w tym wieku!". Spojrzała na sam dół, gdzie czerwone litery głosiły.

Dość władzy mugoli! Wiwat czysta krew!

Czarownica poczuła, jak coś w niej się gotuje.
"Że co proszę?! I takich ludzi mają zamiar wysłać do rządu? Paranoja! Niby wytępią wszystkich mugolaków, czy co?"
- Granda! - krzyknęła niespodziewanie. Mogła już nawet znieść fakt, iż obecnie na stołku siedział ten ograniczony Dzyndzel, natomiast tego nie puści płazem! Jak ten kraj ma się dźwignąć na nogi, skoro tacy ludzie nim kierują?
- Słucham? - zainteresował się siedzący obok chłopak. Staruszka, nie zastanawiając się zbytnio, wskazała wymownie na plakat.
- Patrz, dziecko, patrz uważnie! - W jej głosie było tyle mocy, że można by kruszyć nim skały. - Tacy ludzie doprowadzą to państwo do jeszcze większej ruiny! A my musimy na nich głosować! Chamstwo!
- Eee... - Nieznajomy był wyraźnie skonsternowany. - Proszę pani, ale...
- Czego?
- Ja tam nic nie widzę - wyznał. - I nie mam pojęcia, o czym pani mówi.
- No pewnie! - oburzyła się czarownica. - Wy nigdy nie macie pojęcia. Obojętni na wszystko. Tylko was te wasze komiksy obchodzą. Albo mugolska technika. Nic więcej. Trochę wysiłku by się przydało!
Młodzian w między czasie szepnął coś do dziewczyny obok. Ta machnęła ręką:
- Oj, to jedynie nadmiar adrenaliny przed wyborami do rady dzielnicy. Rozumiesz, jak się starsi mogą tym przejmować.
Podjechał autobus. Chłopak pożegnał się i próbował wcisnąć się w zbitą masę ludzi. Po kilku akcjach łokciami udało się mu.
- Pani Kowalewska?
Nad nią stała dziewczyna, która jeszcze chwilę temu siedziała z młodzieńcem.
- Tak? - spytała uważnie. Z młodymi nigdy nic nie wiadomo. A nóż coś niestosownego im do głowy się wciśnie?
- Na przyszłość: niech pani nie mówi pierwszej lepszej osobie o magii, nawet w takiej formie. - Dziewoja była poważna i, jak dla czarownicy, zarozumiała.
- A czemuż to?
- To był mugol - uświadomiła ją nastolatka. Odgarnęła poskręcaną szopę za ucho. Zajechał jej autobus. Ani się obejrzała, a już jej znikła z horyzontu.
Pani Kowalewska siedziała sztywno na ławeczce. Zakupy obok milczały w skupieniu. Czarodziej z plakatu bezczelnie się gapił. Cisza.
- Smarkula - rzekła wyzywająco.
Wyczekiwane 189 podjechało na przystanek. Staruszka zebrała korniszony, bułkę oraz śliwki i władowała się do środka tłoku.
"A o komunikacji miejskiej lepiej nie wspominać!"

***

- Nie żartuj! - zaświergotała pulchna sekretarka o nieudolnie farbowanych na kolor koniaku włosach. Twarz miała zarumienioną i kilkukrotnie już wylała nieuważnie kilka kropel kawy z służbowego kubka. Miała właśnie małą przerwę, od pół godziny nie przesłali jej żadnych instrukcji czy też sowy i na korytarzu nie było nikogo oprócz jej oraz Marioli, która właśnie opowiadała jej najświeższe ploty. A było czego słuchać. - Naprawdę?
- Przysięgam ci, to pewne jak to, że tu stoję. - Mariola, niemal idealne przeciwieństwo anatomiczne sekretarki, upewniła się, że zaczarowany mop zmywa podłogę tak, jak należy. - Wczoraj jeszcze do dziewiątej wieczór Pucharzewski obkominkował wszystkie hotele w Bombaju. Miałam akurat dyżur, przecież wiesz, więc wystarczyło, że troszkę dłużej myłam framugę drzwi do ich biura i posłuchałam sobie. Muszę ci powiedzieć, że chyba mają malutki kryzys w partii. - Mrugnęła do koleżanki znacząco.
- A skąd pewność, że to właśnie Pucharzewski gadał? - dopytywała się uważnie sekretarka. W budynku przewija się wielu magów, zazwyczaj mamroczących coś niewyraźnie pod nosem, w oficjalnie wyglądających szatach, grubi i chudzi, wysocy i niscy, czarodzieje i czarownice, lecz wszyscy wydawali się być do siebie podobni, kiedy natknęli się na stresującą sytuację. Mariolka mogła się pomylić i nikt by nie miał prawa zrzucić na nią za to winę.
- Na stówę to był on! Brydziu, ja takich błędów nie robię! - zapewniła gorliwie sprzątaczka. Czarownica z kubkiem skrzywiła się, usłyszawszy to zdrobnienie swego wdzięcznego imienia Brygida. Ale słuchała dalej. - Tylko Pucharzewski umie tak na raz kaleczyć angielski i rosyjski z wplatanym między to goblindeguckim. Jednak nie to jest najważniejsze. Wcześniej tłumaczył się, że przedstawiciele chińskiego* czarownictwa prosili go tajną sową, aby pofatygował się do nich jako ekspert w dziedzinie infrastruktury - Sekretarka prychnęła - i rozwiązał ich "nagły dylemat". Natomiast dziś, od razu po tym jak skończył rozmówki z Bombajem, przekominkował do jakiejś Żanety z propozycją "niewielkiego urlopu we dwoje".
- Skandal! I to tuż przed wyborami! - skomentowała Brygida, odstawiając pusty już kubek na bok. Machnęła różdżką i ciemne plamy z niedawno złożonego zaświadczenia ministra znikły w niepamięć. - PeeMKa schodzi na kundle, pozwalając na coś takiego.
- Och, ich szefunio o niczym nie wie. - Sprzątaczka niezawodnie uświadomiła ją o kolejnym szczególe. - Cały czas zajmuje mu kampania...
- Żeby jeszcze miał jakąś szansę, to bym zrozumiała - prychnęła "Brydzia". - A tak to tylko zmarnowany wysiłek i kropka.
- Nawet bez kropki - dopowiedziała Mariola. - Po tej ostatniej aferze... Czego się spodziewają?
- Cudu. Ewentualnie łaski.
- Uwaga, bo się przeliczą.
- Hej... - Sekretarka zawiesiła głos. - A na kogo właściwie głosujesz?
- No jak to? - zaśmiała się cienkim głosem sprzątaczka. Przywołała do siebie mop, aby go wypłukać. - Oczywiście, że na Sikorę!
Na twarzy Brygidy pojawił się szeroki, różany uśmiech.
- Tak myślałam. Niech żyje LOC!
- Niech żyje i wygrywa!

* błąd zamierzony. Wiem, że Bombaj w Indiach leży, lecz jeżeli u mnie w klasie wszyscy cały czas twierdzą, że Tokio to Chiny, to nie omieszałam wprowadzić i tu takich zdolności geograficznych.

***

Hieronim Cipech był zdenerwowany.
Nie chodziło tu bynajmniej o to, że jego córka jest w dziewiątym miesiącu ciąży i lada dzień może zrodzić jego pierwszego wnuka. Ani o fakt, iż pani Chipechowa dość często bywała ostatnio w złym nastroju, przebąkując coś o wsi i własnym ogródku. Nie miało to też związku z tą dziwną wysypką, którą odkrył dzisiaj rano w wyjątkowo dziwnym punkcie swego ciała. A już na pewno nic do tego nie miała kradzież jego najlepszego kociołka, tego brązowego ze złotymi ozdobami przy brzegach.
Nie, jego zdenerwowanie miało zupełnie inne źródło. Był nim kongres.
Przetarł zroszone potem czoło jedwabną chusteczką. Pamiątka, dostał ją, gdy był w pierwszej klasie Mynsiówki*. O, nawet ma żółto-czarną ramóweczkę.
Nie to, żeby przeżywał to po raz pierwszy. Skądże. Powinien już przywyknąć do tego uporczywego stresu, który napada go za każdym razem, gdy staje przed tymi ogromnymi, obitymi pluszem odrzwiami, z koronami zamiast klamek. Zaraz przed wejściem do najbardziej burzliwego miejsca w całej Polsce.
Stół Magów.
Mimo skojarzeń budzonych przez nazwę nie było tam żadnego mebla z blatem. Za dawnych, zapomnianych już czasów owszem, stał tu wielki, okrągły, kuty z miedzi stół**, a na około niego znajdowała się ława tego samego kształtu, tyle, że z drewna. Sprzęty, jeżeli można je tak nazwać, służyły polskim czarodziejom przeszło piętnaście wieków (solidna robota śląskich krasnoludów), lecz w trakcie rozlicznych potyczek z sąsiadami (lub nie), a zwłaszcza wojen światowych, zostały one skradzione. Nigdy ich więcej nie widziano***, natomiast ci, co zarządzali państwem, musieli mieć gdzie obradować. Dlatego właśnie wprowadzono tu rzędy pojedynczych mównic, ułożonych jak siedzenia w starożytnym amfiteatrze, koliście i zwężając ku środkowi. Na ten cel specjalnie wymodelowano salę, obniżono centrum, podwyższono na obrzeżach. Człowiek nie był w stanie poznać starej izby w nowej wersji.
Nie chciał tam wchodzić, a musiał. To był jego obowiązek jako naczelnego. Jednak któż się będzie nim przejmował? Jego dni w tym całym bagnie dobiegają końca, za rok przejdzie na wyczekiwaną i zasłużoną emeryturę. Wszyscy powoli zaczną o nim zapominać, włączając też osoby z personelu o pamięci jak drut. Przecież tylu było przed nim, po nim także przyjdą nowi. Po co pamiętać starego Cipecha? Może od czasu do czasu dostanie na święta ładną, prostą kartkę świąteczną z życzeniami dalszej realizacji celów życiowych, pogłębiania umiejętności magicznych i zdrowia albo zaproszą go na jakiś bankiet charytatywny. Jemu to na rękę.
Pierwszą rzeczą, jaką stwierdził po przekroczeniu progu, był hałas. Jak w hucie żelaza albo na jarmarku. To drugie skojarzenie było odpowiedniejsze.
Wszystkie mównice były zapełnione, jak to na kongres przedwyborczy przystało, chociaż kilkunastu członków lawirowało gdzieś pośrodku sali. Panowie z godłem, na którym wyhaftowane były trzy skrzyżowane różdżki i lilijka herbowa, zawzięcie wykłócało się o coś z grupą czarodziejów ubranych w schludne, ciemne szaty. Kilku grubych panów zagryzało kanapki z urzędowego bufetu, jednocześnie konwersując z goblinem i wampirem. Czarownice, które stały najbliżej wejścia, z różowymi apaszkami pod kołnierzami szat, chichotały ożywione. Reszta towarzystwa albo szeptała z sąsiadami, albo czytało protokoły, albo też robili nieokreślone notatki na pomiętych skrawkach pergaminów. Ugrupowanie rewolucyjne po lewo, konserwy po prawo. Po środku tego całego rozgardiaszu była katedra naczelnego Izby Magów, czyli jego miejscówka.
Przeszedł przez środek, potknął się na schodkach, otrzepał, wspiął się na mównicę, ułożył plan kongresu na pulpicie, wyjął okulary z kieszonki, nałożył je na krzywy nos i odchrząknął.
Wszyscy umilkli. Czarodzieje z herbami wrócili na swoje miejsca. Dwustu trzech ludzi, jedenastu goblinów, pięciu trolli, czternastu wilkołaków, dziewięciu wampirów, dwie kikimory oraz jeden olbrzym przyglądało się mu z napięciem.
Nie byłby sobą, gdyby się nie zarumienił.
Dla pewności chwycił mocno stojącą obok laskę naczelnicką****. Było to trudne, gdyż miał spocone dłonie. Stuknął o kamienną posadzkę trzykrotnie. Wszyscy powstali na nogi lub, w niektórych przypadkach, odnóża.
- Ooo... Otwieram specjalny kongres przedwyborczy Izby Magów. Witam szanownych radnych.
- MAGIA ŻYJE!
Skrzywił się. Wrzask takiego motłochu w sali o bardzo dobrej akustyce to nie jest coś, co uszy Cipecha lubiły najbardziej. Nie plasowało się to nawet w pierwszej pięćdziesiątce.
Wrócił spojrzeniem na ciżbę.
- Czy... Czy mógłbym prosić przedstawicieli partii, którzy kandydują na urząd Ministra Magii o zajęcie miejsc na podwyższeniach?
Siedem postaci wyłoniło się z morza głów, każda z innej strony. Taki był zwyczaj, że w polskiej Izbie Magów prawo do obrad ma siedem partii. Symbolicznie. Żeby sprawiać wrażenie mistycyzmu i okultycznej energii. W dodatku według specjalistów była to najbardziej efektywna liczba, dająca możliwość w miarę szerokiego reprezentowania różnych dziedzin życia społecznego. Jak dla niego było to o siedem partii za dużo.
Zanim ktoś zdążył się obejrzeć, wszyscy delegaci stali na swoich miejscach. Niektórzy patrzyli na konkurentów wrogo, inni z wyższością, zaś był przypadek, że wpatrywał się obojętnie w pustkę. I była też jedna kobieta.
„Zapowiada się ciekawie, nie ma co”, westchnął w duchu i na ciele.
- Zanim zaczniemy – odezwał się najpewniejszym głosem, na jaki go było stać, czyli niezbyt imponującym. – Proszę o krótką prezentację ze strony kandydatów. – Nie spotkał się z żadną aprobatą, lecz z drugiej strony nikt nie wyrażał sprzeciwu. Dobry znak. – No to... Ekhm... Może zaczniemy? Niech pierwsze będzie PKM, i dalej będziemy szli po okrę...
Znaczące chrząknięcie z odwrotnej strony kazało mu przerwać. Obrócił się bardzo, bardzo wolno.
- Tak?
- Czy nie uważa pan, drogi naczelny – mówiła wysokim, szczebiotliwym głosem czarownica w średnim wieku. Miała blond loki upięte modnie pod elegancką, granatową tiarą. W ogóle cała była ubrana w szatę koloru dobrej jakości atramentu, która uszyta była pewnie na miarę. Uwypuklała to, co było godne uwypuklenia i zwężała się tam, gdzie to było stosowne. Przynajmniej wedle krawca. Jedynie pod kołnierzem zawiązała różową apaszkę, dokładnie taką samą, jaką posiadały kobiety siedzące za nią. Jej słowa wwiercały się niczym świder do mózgu. – Nie uważa pan, że powinno się zacząć od dam?
Cipech najpierw zrobił zakłopotana minę, aby następnie pomiętosić skraj szaty, pokontemplować czubki swych półbutów, wbić zlęknione spojrzenie w sekretarza, usytuowanego po jego prawicy i bąknąć:
- No, ech... Cóż, suma sumarum można by... Pani zacznie.
Czarownica uśmiechnęła się promiennie i przemówiła.
- Nazywam się, jak panowie pewnie zresztą doskonale wiedzą – Skłoniła się męskiej części elektów – Klementyna Sikora i zostałam wydelegowana przez zacne członkinie Ligi Obrony Czarownic na naszego kandydata do walki o urząd ministra. Nasze hasło jest proste i oczywiste – równouprawnienie dla wszystkich czarownic!
- Taaaak! – zawołał gromki chór sopranów i altów przy wtórze subtelnych, kobiecych braw. W górę poleciało kilka apaszek. Pani Sikora wyglądała, jakby fotel ministra miała już zapewniony.
- Ach, wspaniale, wspaniale – przytaknął bezwiednie naczelny. – Cudnie. No, a teraz prosiłbym o prezen...
- Skoro walczy pani o równouprawnienie, to czemu nalegała pani o pierwszeństwo?
Cipech przełknął ciężko. A miało być tak pięknie.
Czarodziej o srebrnych, niemal białych włosach i wyglądzie monarchy patrzył zaciekawionym wzrokiem w stronę LOC-u. Nie było wątpliwości, że to on wypowiedział te słowa. Każdy, kto przebywał na tej sali, potrafiłby rozpoznać jego głos z odległości pół kilometra w burzliwą noc. I zwiałby na drugi koniec kraju, choćby na piechotę.
Jasna, wyregulowana brew podniosła się.
- Nalegałam, gdyż są to zasady dobrego wychowania – odparła czarownica niezrażona. – Pan, panie Sędziwoj, powinien coś wiedzieć na ten temat. Czyż nie?
- W sprawach wychowania nie mam prawa się mylić – przytaknął – I informuję panią, że skoro pani uważa pierwszeństwo kobiet jako uprzejmy obyczaj, to tak samo winna pani traktować system patriarchalny w rodzinie.
- Przykro mi, ale TO akurat jest wyzysk, nie zwyczaj – warknęła.
- Tak pani sądzi?
- Owszem. Mam zamiar tez pana przekonać do swej racji. Chyba, że jest pan zadufany w sobie.
- Radni! Proszę o spokój! – zagrzmiał Cipech. A jednak to nie miała być przyjemna pogadanka. Już to wiedział. W jego umyśle krystalizowała się trójwymiarowa symulacja tego, co niechybnie nastąpi. Bez dźwięku, na szczęście. – Później będzie czas na dyskusje. Teraz proszę, żeby następny kandydat zabrał głos.
Wskazał swoją laską na wysokiego, młodego mężczyznę. Płowe włosy zaczesał grzebieniem na lewo i, co nie umknęło niczyjej uwadze, ubrany był w mugolski garnitur. Z czerwonym krawatem.
- Ja jedynie przypomnę, że jestem kandydatem Przymierza Praworóżdżkowców i moim celem jest państwo liberalne z gospodarka wolnorynkową – powiedział spokojnie, patrząc prosto na naczelnego. Sam obserwowany poczuł się nieswojo.
- Tfu! Niech to piekło pochłonie!
Zamarł.
Dlaczego zawsze on?!
Osoba, która to krzyknęła, siedziała dokładnie po drugiej stronie sali. Miała okulary jak denka od butelek, obwisłą twarz, rzadką szczecinę na głowie i... sutannę. Na piersi dyndał złoty krzyż.
Cipech jęknął. Kto wpuścił tego szaleńca?
- Słucham? – odezwał się kandydat PP.
- Niech was piekło pochłonie – powtórzył usłużnie duchowny. – Was i te wasze bezbożne idee! Nie chcecie niczego innego, jak wytępienia wiary i wykorzystania niewinnych biednych! Wy... Psubraty!
- Oszczerca! – zakrzyknął ktoś zza pleców czarodzieja w garniturze.
- Krwiożercze liberały! – odparł głos z prawego końca sali.
- Dość! – zawołał płaczliwie Cipech. Gdyby nie to, że był łysy, na pewno zacząłby wyrywać sobie włosy z głowy. Znowu mu to robią! Nie chcą słuchać, nie chcą grzecznie czekać na swoją kolej, rozwalają plan. I krzyczą! To jest najgorsze. Po co to? Czy nie mogą mówić jak cywilizowani ludzie? Będzie go głowa bolała. I aspiryna nie pomoże. – To jest Izba Magów, nie targowisko! Proszę o spokój, radny Kamiński i radny Pucharzewski, bo wyproszę panów z sali! – Determinacja uskrzydliła go. Jego piskliwy skrzek niósł się po zgromadzeniu.
O dziwo, podziałało.
Odchrząknął, już po raz kolejny tego dnia i wyprostował się na całą wysokość metra pięćdziesięciu ośmiu centymetrów oraz półtora centymetra podeszwy buta.
- Proszę – zaczął, ale, ponieważ nie brzmiało to odpowiednio, powtórzył – Proszę – o, teraz dobrze – o krótką mowę kandydata PS... – Zobaczył spojrzenie jakiegoś wyjątkowo szkaradnego trolla i zrezygnował ze skrótu. - znaczy, Polskiego Stronnictwa Równości Czarodziejów.
- I Nie Tylko! – poprawił goblin, siedzący w pierwszy rzędzie. – Proszę o tym nie zapominać. Wtedy to traci sens.
- Tak, tak. Wiem – zgodził się Cipech wyuczonym przy dzieciach tonem. – A więc? Co powiecie?
Kandydat jakoś nie był skory do wygłaszania czegokolwiek. Drobniutki, przywodzący na myśl coś żylastego czarodziej kulił się przy mównicy tak, że oprócz zgrabiałych pleców niewiele było widać. Dopiero, gdy goblin z pierwszego rzędu podszedł do niego i dał zdrowego kopa, mężczyzna uśmiechnął się krzywo i poprawił notatki w rękach.
Cipech pomyślał, że dobrze wie, jak się ten człowiek czuje.
- Jestemfranciszekanyżireprezentujepsrcint – wyjąkał na wdechu i jeszcze bardziej się skurczył. Reakcją na ten występ był śmiech wśród czarodziejów z godłami, przejechanie dłonią po twarzy w wykonaniu goblina i obelga kikimory z tylnych rzędów.
- Łamaga!
- Ładoga, przymknij się! – uciszył ją siedzący niżej wampir w powłóczystej pelerynie.
Zmora, jak to każda kobieta, nie mogła darować zniewagi, toteż zawyła:
- Saaaaam sięęęęę przyyyyymkniiiiij, deeeeebiiiiiluuuuu!
Nie było osoby ( za wyjątkiem drugiej kikimory), która w tym momencie nie zatkałaby uszu.
- Tego za wiele! – Jakaś czarownica z PMK wstała z miejsca, rozeźlona. – Kto tu wpuścił tą wywłokę? Ona przerywa kandydatowi!
- Kooooogooooo naaaaaazyyyyywaaaaasz wyyyyywłoooookąąąąą?! – Żyrandol przy suficie zadrżał złowróżbnie.
- Osobiście uznaję tą całą prezentację za beznadziejną zachciankę przodków, więc może z niej zrezygnować? – zaproponował bezwolnie kandydat PP, poprawiając swój krawat.
To chyba nie była odpowiednia wypowiedź...
– Że co?! – Kandydat PMK, siwy czarodziej, którego wygląd nasuwał skojarzenie z żabą, ryknął ze swojej mównicy. – Uważaj na słowa, Duski, bo gorzko ich pożałujesz! – Na podkreślenie wagi słów ostatnią sylabę bąknął.
- O, czyżby? – warknął Teodor Duski, mierząc przeciwnika wzrokiem. – Mam się ciebie obawiać? Ciebie i tego twojego chorego systemu, który wprowadzacie w tej swojej Partii Magii Konserwatywnej, Kwaczyński?
- Tak! – zawołała ochoczo jakaś niewiasta zza Kwaczyńskiego. Lica jej zarumieniły się, a z oczu strzelały, te, no, kurwiki. – Powinieneś się obawiać ty, twoja gospodarka i ludzie! A tą lafiryndę możesz zabrać ze sobą. – Wskazała na radną Sikorską. Ta w odpowiedzi zamrugała intensywnie.
- Tylko nie lafirynda! Wypraszam sobie! – Pierś jej, dość bujna, zaczęła falować pod obcisłą szatą Jakiś wilkołak zagwizdał. – I niby co mam wspólnego z PP?
- Oboje chcecie, żeby naród zniemczał! Znaczy, zrobił się bardziej zachodni – poprawiła się szybko radna. – My na to nie pozwolimy!
- To nasza ziemia! – wtórował jeden z czarodziei z godłem. – Jakem ja jest Zeno Otmar Zaleski, nie pozwolę, żeby się liberały po urzędach panoszyły i utrudniały życie przyzwoitej szlachcie!
- Będziemy bronić biednych wiernych – uniosła się nagle radna o ogromnych, przestraszonych oczach. – Nie damy się! A wy możecie się wyp...
- Klaro Mario Julianno Słowikowska, bez przekleństw – upomniał ją duchowny. Podniósł nawet ostrzegawczo zgrabiały palec. – Żałuj.
- Żałuję, ojcze Rodzynku – Dziewczę pokornie zwiesiło głowę.
- Słusznie.
- A idźcie się utopić! – zawołał nagle jeden z praworóżdżkowców.
- Sam się utop!!! – Zgodny chór trzech konserwatywnych partii wyraził swoją dezaprobatę. Ktoś jeszcze dorzucił „Ludwiku Lucer”. Ten ktoś to bez wątpienia Sylwester Gierek z PMK, ponieważ został zakneblowany za pomocą zaklęcia różową apaszką.
- Możecie sobie wrzeszczeć do woli – Rudowłosa czarownica powstała, chowając różdżkę za pazuchę. – Jednakże nie dacie rady powstrzymać postępu. Nasze siostry na zachodzie obejmują coraz wyższe stanowiska, równouprawnienie jest już normą i nie macie szans na utrzymanie stanu czarownicy jako niewolnicy. Koniec z tym!
- Koniec! – zawtórowały jej partyjne koleżanki.
- Koniec to jest, ale wasz! – odparował Kwaczyński i zaśmiał się z własnego dowcipu. Nikt mu w tym nie towarzyszył.
- Kres z władzą mugoli! – podchwyciła arystokratka, lecz nie byle jakaś. Bo w tym wypadku była to Dezdemona Dark, z TYCH Darków, co mieli swoich przedstawicieli dosłownie w każdym rządzie. Nawet w Giblartarze. – Precz z niemagicznymi i mieszańcami!
- O, tego nie zdzierżę! – goblin, który wcześniej „pomógł” Anyżowi, wbiegł na podium, odepchnął zdezorientowanego i spanikowanego człowieka, po czym zaczął drzeć się ze stanowiska. – Podli rasiści! Czy wy choćby jesteście świadomi tego, ile zawdzięczacie nieczarodziejom? Mieszkalibyście po wsiach, gdyby nie my!
- Gdyby nie wy, nasz budżet by nie był w takim stanie, jakim jest – odgryzł się kandydat partii chrześcijańskiej.
- Zwłaszcza, że to PMK z Kapałką na czele doprowadził do dziury budżetowej! – wtrąciła się radna Perdyta Zamojewska z LOC-u, znana prezenterka CRR*****.
- Nieprawda! I co to za pojęcie „dziura budżetowa”? – dopytywał się oskarżony, cały purpurowy na okrągłej facjacie.
- Potoczne – podpowiedział wampir, który uciszał Ładogę.
- To wszystko jakaś farsa!
- Precz z konserwami!
- Radny Balcer Oleski musi odejść!
- Niby czemu?
- Bo to komuch, i tyle!
- Równouprawnienia!
- Beretowego!
- Wiwat czysta krew!
- Czy ktoś wie, gdzie się podział troll Tacjan?
- Fora ze dwora! Won od koryta!
- Pod waszym berłem się zrobi, za przeproszeniem, burdel tutaj.
- Tak, bo wy macie porządek!
- Amen!
- Liberały na szubienicę!
Cipech kołysał się wolno na krzesełku, które przyniósł mu jakiś uczynny olbrzym. Wiedział, że tak będzie! Gorączka przedwyborcza wzrastała, wzrastała, a teraz robi bum! Chcą się nawzajem pogrążyć i im się to udaje – pogrążają sami siebie. Czy ktoś kiedykolwiek zaszedł daleko, używając jako argumentu krzyku, przekleństw i próżności? Studiował politologię magii, działa w polityce od przeszło pół wieku i wie, że nie. To tylko psuje nerwy i pogarsza i tak już złą sytuację. Ci ludzie reprezentują interesy narodu? Skoro tak, to gdzie tu jest altruizm? Przydałaby się też kultura polityczna.
Naczelny w bezsilności zagryzł uwiędłą wargę. Spojrzał ponad tym wszystkim na cichą gromadkę radnych, siedzących w środku półokręgu. Polskie Ugrupowanie Chroniących Hipogryfy, zwane PUCH-em, bo o nim właśnie myślał Cipech, nie zabrało głosu w tej pseudodepacie ani raz. Cały czas milczeli, a kiedy się zorientowali, że chyba ich prezentacja nie dojdzie do skutku, ich kandydat, Kwiryniusz Lodt stwierdził, iż mogą zająć się własnymi sprawami. A więc tuz pod nosem kłócącej się ciżby spokojni PUCH-owcy dyskutowali o wzroście cen paszy, nowym numerze miesięcznika „Twój Maluśki Bydlak” czy też po prostu zasnęli. Cipech zaśmiał się w duchu. Jedynie oni byli w stanie zasnąć przy takim harmiderze. Niektórzy mieli nawet podejrzenia, że właśnie pod tym kątem dobiera się członków Ugrupowania, które, choć szczyciło się skromną liczbą piętnastu członków, uważane było za najbardziej ugodową partię wszechczasów. A, co za tym idzie, najbardziej rozsądną. Nie wrzeszczeli, nie prawili kazań, byli uprzejmi. Wzór dla społeczeństwa.
Hieronim Cipech, choć był zdenerwowany, postarał się wziąć przykład z ulubionych radnych i zasnąć. Z niezadowoleniem stwierdził, że mu się nie udaje.

* Mynsiówka – nazwa potoczna Uniwersytetu Czarodziejów w Monachium, założonego przez pierwszych przybyłych do tego miasta magów. Nosili oni czarne szaty z żółtymi obszyciami (postać w herbie Monachium to nie jest mnich, lecz właśnie jeden z założycieli Uniwersytetu). Barwy te są używane jako barwy szkolne. Nazwa potoczna pochodzi od niemieckiej wymowy nazwy miasta (München).
** słynny Miedziany Denar, stworzony zapewne jeszcze w II w. n.e. przez śląskich krasnoludów pod berłem Gumberta Żeliwnego i podarowany słowiańskim magom w hołdzie za pomoc udzieloną podczas walki z trollami.
*** powstała plotka, jakoby Miedziany Denar miał być widziany na carskim dworze za władania Mikołaja II przez polskiego lekarza magicznego pochodzenia, lecz są to niepotwierdzone donosy.
**** laska naczelnicka to pradawna różdżka, którą ponoć miał mieć w użyciu sam Twardowski, używana głównie nie jako narzędzie magiczne, lecz jako symbol władzy naczelnika Izby Magów. Jest zrobiona z sosnowego drewna i posiada żelazną głownię w kształcie orła wijącego wspólne gniazdo z feniksem.
***** CRR – Czarodziejska Rozgłośnia Radiowa

***

Zwykła kartka, by się wydawało. Prostokątna, biała, normalnej grubości skóry gumochłona. Sęk w tym, że była zapisana. Nie to, żeby Ezechiel widział mało w swoim życiu zapisanych kartek, wprost przeciwnie, lecz Ezechiel wiedział, że ta kartka jest wyjątkowa. Czuć było od niej magią na kilkadziesiąt metrów.
Ezechiel nie był intelektualistą. Nie należał też do marginesu społeczeństwa, gdzie trzeba naprawdę wiedzieć co i jak. Nie był też głupi, co to, to nie! Ezechiel miał po prostu psychikę tak prostą, jak konstrukcja mugolskiego cepa. Nie planował swego życia na okres dalszy niż pół roku, nie chodził do teatru na ambitne przedstawienia, nie udzielał się w górnolotnych dyskusjach. To nie dla Ezechiela, takie bzdury. Ze szkoły, w której się uczył wyniósł na tyle dużo z historii, aby wiedzieć, że inteligenci zazwyczaj kończyli ubogo, młodo i tragicznie. Ezechiel nie miał zamiaru podzielać ich losu. Nie jest też naiwny. Ezechiel pracował od lat i pracuje nadal jako łapacz niesfornych stworzeń magicznych klasy drugiej* i był z tego powodu nie tyle szczęśliwy, a usatysfakcjonowany. Ta praca nie wymagała od Ezechiela zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego.
Jednak teraz Ezechiel musiał się skoncentrować. Od tego wyboru zależy przyszłość nie tylko jego, ale i całego narodu - tak przynajmniej głosił napis przy wejściu do urzędu gminy*. Jeżeli źle postawi krzyżyk, to zrujnuje wszystko. Wysiłki wielu czarodziejów i czarownic, lata pracy, wieki kultury. Dalsze losy między innymi tych podmiotów zależą właśnie od niego. No, przynajmniej częściowo.
Ezechiel ze zgrozą poczuł, że zaczął się pocić. Otarł czoło rękawem.
Karta wyborcza przedstawiała się tak.

KARTA WYBORCZA

Przeznaczona do użytku przy wyborach na stanowisko Ministra Magii Rzeczpospolitej Polskiej w roku 2005. Zatwierdzona przez Naczelną Komisję Wyborczą, Izbę Magów oraz Radę Starszych.


Podpis przewodniczącego NKW

Tu był gryzmoł.

Podpis naczelnego Izby Magów

A tu kolejny.

Podpis Najstarszego

I jeszcze jeden. Zaś po nich zasadnicza część.

LISTA KANDYDATÓW

Wydelegowanych przez partie włączone w skład Izby Magów. Każda partia przedstawiła tylko 1 (słownie: jednego) kandydata. Przy nazwisku wybranego kandydata należy postawić krzyżyk. Można wybrać tylko 1 (słownie: jednego) kandydata, w innym przypadku głos jest nieważny.

Anyż Franciszek (Polskie Stronnictwo Równości Czarodziejów I Nie Tylko)
Duski Teodor ( Przymierze Praworóżdżkowców)
Kwaczyński Ludwik (Partia Magii Konserwatywnej)
Lodt Kwiryniusz (Polskie Ugrupowanie Chroniących Hipogryfy)
Racing Innocenty (Chrześcijańskie Stowarzyszenie Młodych Magów, in. Young Magus Christian Association)
Sędziwoj Bonawentura (Czarodziejskie Zjednoczenie Magii Demokratycznej)
Sikora Klementyna (Liga Ochrony Czarownic)

Życzymy miłego dnia.

Ezechiel wpadł w panikę.
Więcej ich mama nie miała? Kto to pomyślał, aby na stanowisko najbardziej nie lubianej osoby w magicznym światku Polski było aż tylu chętnych. Przecież to maso... macho... robienie sobie krzywdy. Po co? Co jest atrakcyjnego w podpisywaniu papierów i byciu na pierwszych stronach gazet? Nic. Ale jak się zarabia? Czym?
Ezechiel już dawno doszedł do wniosku, że to nieuczciwa praca.
Skoro tak, to może i on by sobie uprościł życie?
Ezechiel zamknął oczy i wziął swój długopis. Pióra mają tendencję do wyciekania i wypisywania się w najmniej odpowiednim momencie. Ezechiel zaczął mamrotać coś pod kartoflanym nosem, stukając kolejno w kwadraciki przy nazwiskach. Gdy skończył, otworzył oko i spojrzał na swój „szczęśliwy traf”.
Trafiło na Innocentego.
Ezechiel zakreślił krzyżykiem puste pole. Następnie zgiął kartkę, schował do kieszeni poplamionej musztardą szaty długopis i wsadził swój głos do szpary w pulpicie, na którym pisał. Głos następnie poleciał prosto do budynku ministerstwa, gdzie wszystkie karty były podliczane przez „wzorowych, uczynnych obywateli, który bezinteresownie zaoferowali swą pomoc przy wyborach”. Był tam też Mietek, sąsiad Ezechiela, lecz Ezechiel o tym nie wiedział.
Kotara odsłaniająca miejsce głosowania od reszty sali rozsunęła się i wyszedł z niej mężczyzna z trochę mniej nachmurzonym wyrazem twarzy niż z tym, z którym wchodził.
Ezechiel spełnił swój obywatelski obowiązek.
* klasa druga

***

Resztki słońca tej jesieni grzały przyjemnie. Dzieci, ubrane w krótkie bluzy i bereciki ganiały się po podwórzu. Dziewczynki zbierały kasztany do zrobienia całego miasta ciemnobrązowych ludzików przy zaciszu biurkowej lampki. Trzech staruszków siedziało na ławeczce i, podpierając się na sękatych laskach, rozpowiadali o dawnych dziejach. Matki, wyglądały z balkonów i plotkowały z sąsiadkami, jednocześnie pilnując jednym okiem swoich pociech. Pachniało suchymi liśćmi i paloną trawą. Sielska, październikowa atmosfera.
Nieopodal stał przystanek autobusowy. O tej porze pusty, zdawał się być niezauważalny wśród gwaru niedzielnych swawoli.
Na jednej ze ścianek, dostrzegalny jedynie dla wybranych przez los, wisiał plakat. Przedstawiał starszego mężczyznę w bogatej szacie, z włosami związanymi kokardą. Patrzyłby z pewnością na świat wzrokiem pełnym pogardy, gdyby nie fakt, że ta część, na której miał oczy, została brutalnie wyrwana. Ogólnie cały plakat był obszarpany. Mimo to dało się zauważyć pewien mały detal.
Pod resztkami nosa mężczyzny ktoś dorysował okazałe, czarne wąsy.

***

- O, dziń dobry.
- Niby co w nim dobrego? Ogórki, bułkę, śmietankę do kawy i... to – Podstawiła Sprzedawcy tuż przed czerwony fałd skórny, służący mu za nos, paczkę Mentosów. Pomarańczowych. Po tej prezentacji odłożyła opakowanie na ladę, obok reszty produktów.
- Khem... Dla kogo to? – spytał ostrożnie, znając wybuchowy temperament pani Kowalewskiej, Żelaznej Damy osiedla.
- Stukaj, a nie kłap jadaczką – warknęła starsza kobieta, sięgając po portmonetkę. Jak na komendę rozległa się seria krótkich, nerwowych kliknięć.
- To bendzie...
- Masz. Już obliczyłam – Pomarszczona dłoń wcisnęła mu w piąchę garść monet, z czego najwyższy nominał miała pięćdziesięciogroszówka. – Dziewięć złotych osiemdziesiąt pięć groszy.
- Pinćdziesiąt, siedmdziesiąt, ośmdziesiąt, dwa złote, dzie... Ile? – Sprzedawca oderwał się od czasochłonnego liczenia i spojrzał na staruszkę.
Ona wzniosła oczy ku niebu, a raczej odpadającemu tynkowi.
- Głuchoty się nabawiłeś? Dziewięć osiemdziesiąt pięć – powtórzyła z pogardą.
- Ach... – Twarz Sprzedawcy się rozpromieniła. – W takim razie... – Wyłuskał dwie monety i położył na ladę. – Proszę.
Dwie pary oczu przypatrywały się sobie natarczywie.
- Co to?
- Pani reszta.
- Jaka reszta?
- Z zakupów.
- Moja reszta?
- No.
- Jak to?
- Nie chce pani?
- Jak to? – powtórzyła głośniej. – Przecież jest równo! Liczyłam dwa razy.
Sprzedawca przewrócił oczami.
- Psze pani, ale ceny sie zmieniły – wytłumaczył cierpliwie.
- Znowu?! To niemożliwe – zaprzeczyła żywo Kowalewska. Kilka siwych pasm włosów wyrwało się z ciasnego, zwiniętego w kok warkocza. – Co tym razem? Prawo podażu? Dotacje? Czarny rynek?
- Nie, nie – Mężczyzna pozwolił sobie na cichy śmiech. – Popyt się zmniejszył, producent obniżył cene i staniało z powrotem. – Zapakował zakupy do plastikowej siatki. – Wyszło na pani.
Zmarszczyła brwi.
- Wielki bajzel.
- Rynek – Przytaknął, wręczając jej pakunki i przysuwając resztę. – W dodatku nie musimy sie martwić, przeżyjemy. Z Anyżem czy byz, to żadna różnica.
- Z anyżem*? – zdumiała się, zagarniając do portmonetki sześćdziesiąt groszy.
- To pani nie słyszała najnowszych nowin?
- Cóż...
- To radze posłuchać. Miłego dnia życzem.
Zanim się zorientowała, była już za drzwiami i szła chodnikiem w stronę domu.
„Niesamowite”, pomyślała. Mijała rzędy samochodów, nawet nie zwracając uwagi na to, że są krzywo postawione. „Toż to jest niedorzeczne! Wysoko, nisko, drogo tanio. Absurd”.
Gdyby pani Kowalewska patrzyła naokoło i nie skupiała się tak bardzo na bilansie cen w spożywczym, zauważyłaby pewnie, że zniknął plakat z przystanku, zastąpiony orędziem nowego ministra magii do, jak to określił, „szanownego społeczeństwa czarodziei oraz naszych współbraci”. Spokojnie siedziała na przystankowej ławce, tradycyjnie zrujnowanej przez wandali i równie spokojnie wsiadła do autobusu. Zatłoczonego, a jak. Musiała przerwać wewnętrzną debatę, żeby wywalczyć swojej godnej osobie miejsce siedzące od rozlazłego biznesmana. Co, że tylko na trzy minuty, od przystanku do przystanku? Małe zwycięstwa zebrane w całość dają triumf.
Spacer wśród drzew o złotych liściach z pewnością byłby przyjemnym zajęciem, gdyby nie niecierpiące zwłoki sprawy gospodarki państwowej, które musiała rozpatrzyć pani Kowalewska. Zastanawiała się nad mechanizmami kierującymi jej koordynacją (przygłupami z polityki), podmiotami zależnymi od niej (wszyscy ci głupi ludzie, a zwłaszcza małżeństwo spod dwójki, które nocą wyprawia u siebie jakieś dzikie harce) oraz skutkami jej destabilizacji (dziury na drogach, ceny w spożywczaku). Wyszłaby z tego naprawdę świetna pogadanka moralna.
„Ta gospodarka jest mniej regularna niż cykl biologiczny stewardesy międzykontynentalnych linii lotniczych!”, skwitowała wreszcie, otwierając zamek w drzwiach frontowych mieszkania. Rozebrała się z szala, jesionki oraz pantofli i odniosła zakupy do kuchni. Po namyśle wstawiła wodę na herbatę.
Lokum staruszki nie było duże. Peerelowskie M-2 nie należało do szczytu luksusu. Nie było takich atrybutów rozpusty jak złote kociołki, skórzane kanapy czy miotły spotrowe. Był za to perski dywan, czerwona pelargonia na parapecie, wyliniała Srebrna Strzała w stojaku na parasole i zeberki w klatce. Wersalka w saloniku miała kapę haftowaną w barokowe kwiaty, przed nią na krzywych, wiklinowych nóżkach stał szklany stolik do kawy. Ściany były poobwieszane obrazami, i czarodziejskimi, i tymi zupełnie mugolskimi, kupionymi za dawnych lat w Krakowie. Łazienka była wyłożona brzoskwiniową boazerią. – efekt remontu sprzed pięciu lat. Ale obecnie pani Kowalewska siedziała na krześle przy starym stole w kuchni, mieszając łyżeczką w herbacie różanej i wysłuchując rewelacji z CRR. A było czego.
„... dobiegło końca. Wyniki są zaskakujące. Frekwencja wyniosła zaledwie pięćdziesiąt trzy procent, wyłączając obywateli-nieludzi, gdyż z nimi frek..”
- A co się dziwicie? W niedzielę nikt nie ma ochoty tłoczyć się w ministerstwie – powiedziała na głos, przerywając spikerce.
„... Wyniki zostały już zatwierdzone. Trzydzieści osiem procent zdobył niespodziewanie Franciszek Anyż, tuż za nim uplasował się Innocenty Racing i Teodor Duski – po dwadzieścia jeden procent. Dziewięć procent głosowało na Klementynę Sikorę, siedem na Ludwika Kwaczyńskiego. Pozostałe trzy procent zdobyli Bonawentura Sędziwoj i Kwiryniusz Lodt. To naprawdę niezwykłe wyniki, zwłaszcza patrząc na przedwyborcze sondaże, które...”
- To już wszystko wiem.
Wyłączyła odbiornik i wstała z krzesła. Pedantycznie brudną łyżkę odstawiła do zlewu, a kilka kropel wylanej herbaty starła ściereczką.
„Mogło być gorzej”, podsumowała w duchu. Wiadome było, że nowo wybrany minister magii będzie marionetką w rękach nie tylko swoich partyjnych kolegów, ale też całej rady Starszych, może nawet i Izby Magów. Widziała kilkukrotnie Anyża na zdjęciach w gazetach i nie musiała się zbytnio wysilać, aby zgadnąć, że to nie jest człowiek o twardym charakterze. Chyba że uznamy plastelinę za materiał równy diamentowi.
Czy to dobrze? Na pewno nie będzie długich sporów o stanowiska, ale skoro tak, to czy nie zostaną zajęte przez jeszcze większych tępaków, niż poprzednio? I czy ten facet znajdzie w sobie na tyle dużo odwagi i pewności siebie, aby godnie reprezentować interesy czarodziejów polskich za granicą?
Jedno jest pewne: nie będzie gorzej, niż było. Zostawią te czarne dzieje za sobą.
Staruszka stanęła przy oknie. Przez muślinowe firanki widziała placyk zabaw, na którym jakiś dwóch chłopaków (chyba tej Zbyszewskiej z bloku obok) kręciło się na karuzeli o wiele dla nich za małej. Obok nich stał mieszaniec szpica, ujadając na małych rozrabiaków. Ci nic z tego sobie nie robili, ba wręcz, łapali zwierze za uszy i ogon, kiedy przejeżdżali koło niego. Jednak pies nie robił im krzywdy, bo wiedział, że takie są prawa bycia niedojrzałym.
Lecz za kilka lat dorosną i to oni będą decydować o przyszłości.
Stała się rzecz niesłychana. Pani Kowalewska uśmiechnęła się.
- Twoje zdrowie, Anyż – powiedziała w przestrzeń. Podniosła szklankę i upiła łyk naparu. – Powodzenia. Na pewno ci się przyda.

* anyż, dla niezorientowanych, to jest nazwa rośliny zielnej. Jest używana do produkcji syropów i olejków, które działają rozkurczowo i przeciwbakteryjnie, a także żelków (które można poznać po czarnej barwie i, według mnie, ohydnym smaku). Noszony w niebieskim bądź fioletowym woreczku na szyi poprawia zdolności parapsychologiczne. Dlatego też jest tu napisany z małej litery.


A, i tak na wszelki wypadek. Wiadomo przecież, że to fikcja jest, hm?


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Iguanka. dnia Pon 10:33, 28 Sie 2006, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maawi
Gość






PostWysłany: Pią 18:13, 30 Cze 2006    Temat postu:

Dzięki, dzięki za dedykację.
Chciałabym zaznaczyć, że naprawdę nienawidzę polityki. A mimo tego przeczytałam ten tekścik z przyjemnością. Jest taki... Napawający optymizmem, o. I ciekawy. I błędów też nie ma. I teamtyka inna niż zwykle.
Dobrze jest.
<oklaski>
Powrót do góry
Nelusia
Dama Z Łasiczką



Dołączył: 24 Wrz 2005
Posty: 1564
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: el norte de Polonia

PostWysłany: Wto 21:31, 04 Lip 2006    Temat postu:

Podoba mi się, oj podoba.
Napisane ładnie, z poczuciem humoru i ze zmysłem obserwacyjnym, co w takim wypadku jest bardzo istotne. Gdzieś mi mignął brak przecinka i literówka, ale to błędy mało istotna.
Sam pomysł napisania fika politycznego uważam za bardzo dobry. A jeśli dodamy do tego sytuację w polskim Ministerstwie Magii dziwnie podobną do sytuacji w polskim sejmie, całość będzie wyśmienita.
Podobała mi się pani Kowalewska, przeciętna 'Kowalska", ups czarownica, która na własnej skórze odczuwa to, co robi Ministerstwo.
A przy ojcu Rodzynku i pani Dark aż kwiknęłam.
Ładne i prawdziwe, a to ważne.

Gratulacje

Nel


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
yadire
Gryfonka Niepokorna



Dołączył: 13 Wrz 2005
Posty: 1146
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: bollywood... <3

PostWysłany: Pon 10:30, 28 Sie 2006    Temat postu:

Primo - rezerwacja miejsca na ocenę. (najpierw muszę wydrukować, wyłączyć komputer i się zaszyć)

Secundo - Iguś, jeśli to zakończone jest, to weź wstaw tam zetkę w temacie, co? [uśmiech się ślicznie] Dziękuję : )

Und Dritte (w dojczu, włoskiego na tyle nie znam).
Pikne to było!
"Mall-yyyna", jakby pewien znajomy Wilczek rzekł.
Na przystanku - bo akurat mnie przytomnie wysłali do miasta, choć zanosiło się na deszcz - ludzie patrzyli na mnie odrobinę dziwnie. Chociaż ja ich nawet rozumiem, co chwila chichotałam nieopanowanie.
Pani Kowalewska to jak moja babcia - o każdą cenę się wykłóca. Jak ja uwielbiam takie babcie!


Cytat:
Hieronim Cipech był zdenerwowany.
Nie chodziło tu bynajmniej o to, że jego córka jest w dziewiątym miesiącu ciąży i lada dzień może zrodzić jego pierwszego wnuka. Ani o fakt, iż pani Chipechowa dość często bywała ostatnio w złym nastroju, przebąkując coś o wsi i własnym ogródku. Nie miało to też związku z tą dziwną wysypką, którą odkrył dzisiaj rano w wyjątkowo dziwnym punkcie swego ciała. A już na pewno nic do tego nie miała kradzież jego najlepszego kociołka, tego brązowego ze złotymi ozdobami przy brzegach.
Nie, jego zdenerwowanie miało zupełnie inne źródło. Był nim kongres.
To... to... to jest tk cudne, że aż mi słów brakuje, żeby cokolwiek napisać Very Happy

Cytat:
- Klaro Mario Julianno Słowikowska, bez przekleństw – upomniał ją duchowny. Podniósł nawet ostrzegawczo zgrabiały palec. – Żałuj.
- Żałuję, ojcze Rodzynku – Dziewczę pokornie zwiesiło głowę.

A to mnie zabiło! I arbuz omal nie zleciał mi z ławki (cztery kilo diabeł ważył!).

Cytat:
- Radny Balcer Oleski musi odejść!

A i to nie gorsze (choć "radny" mi zgrzyta, no ale co tam).

Twoje opisy aż chce się czytać. Zazwyczaj omijam takie szerokim łukiem (znacie może "Nad Niemnem"?), ale tu nie mogłam się powstrzymać.
Ja chyba nie jestem w stanie sklecić nic porządnego na ten temat. Powiem krótko - podoba mi się niesamowicie. Choć nie cierpię polityki.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Gryfońskie Strona Główna -> Fanfiction Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin