Autor Wiadomość
Nelusia
PostWysłany: Nie 22:29, 19 Lut 2006    Temat postu: Cielito lindo <całość>

Komentować mi to!
No.
Opowiadanie z pojedynku z FSB, który się nie odbył. Niestety...

Miłej lektury!

Nel

Dla Narlome

Cielito lindo*

Colegio de Coatlicue, październik 1925 rok, Meksyk


Maria Cielo de la Luz Alvarez Santibanez była dziewczynką niezwykłą. Wystarczy wspomnieć, że już w wieku sześciu lat rzucała zaklęcia bez użycia różdżki i potrafiła się skontaktować telepatycznie ze swoim ojcem, który był więziony w Maritas.
Cielito, bo tak nazywały ją przyjaciółki, miała piętnaście lat, długie, czarne włosy, oczy ciemne jak niebo w bezgwiezdną noc i idealną figurę. Gdyby nie to, że chodziła do żeńskiej szkoły magii, pewnie nie mogłaby odpędzić się od adoratorów.
Była bardzo lubiana w szkole, a nauczyciele zwolnili ją z niektórych przedmiotów, po tym, jak się okazało, że umie rzucać uroki dużo lepiej niż Adelina Chimenz, jej nauczycielka zaklęć.
Cielito była niezwykła. I niezwykła była szkoła, do której uczęszczała. W czasach niepewnych w mugolskiej części kraju, ona jako porządna czarownica chodziła do Colegio de Coatlicue, które zostało tak nazwane na cześć najważniejszej azteckiej bogini. Imię patronki znaczyło – „ta o spódnicy z wężów” i Cielo, za każdym razem, gdy o tym myślała, zastanawiała się, jaką wyobraźnię musieli mieć dawni Aztekowie. Węże zamiast spódnicy.
Mogłoby być ciekawie.
Ona sama ubrana była w białą koszulę nocną, obszytą szmaragdową koronką. Nie miała butów, bo wymknęła się ze swojego dormitorium, żeby poobserwować gwiazdy na nocnym niebie. Astronomia również należała do ulubionych przedmiotów dziewczyny. Chyba nie było takiej lekcji, na której siedziałaby cicho, kompletnie nie zainteresowana tym, co się dzieje wokół. Była osobą energiczną, wesołą i czasem zbyt rozmarzoną. Koleżanki twierdziły, że brakuje jej chłopaka, ale skąd tu wziąć chłopaka, kiedy chodzi się do szkoły dla dziewcząt, w której wszelkie kontakty z przedstawicielami płci przeciwnej są niemożliwe?
Cielo, podśpiewując, weszła po kręconych schodach na dach budynku. Siedziba szkoły mieściła się w starej, azteckiej piramidzie w środku dżungli. Dla mugoli były to zwykłe ruiny, nie tak dawno opisane przez archeologów. Stanowiły skarb kulturowy państwa, ale nikt z mugoli nie miał pojęcia o tym, że w tej dżungli żyją ludzie, którzy wcale nie są dzikusami.
Wszystkie dziewczęta chodzące do Colegio de Coatlicue nosiły szmaragdowe szaty, naszyjniki z wężami, a do tiar przyczepiały pióra feniksa. Wszystkie były piękne i mądre, każda na swój sposób, ale żadna z nich nie dorównywała Cielito. Niektóre piątoklasistki trochę jej zazdrościły tego, że wszyscy ją lubią i że nauczyciele pozwalają jej na rzeczy, na które nigdy nie pozwoliliby innym uczennicom.
Jedną z takich zazdrośnic była Carolina Tejeda, koleżanka Cielo z dormitorium. Carolina nie miała długich, swobodnie spływających na ramiona włosów, ani oczu w granatowym kolorze. Nie była też za dobra z zaklęć, ba nawet nie była czarownicą czystej krwi. Cielito raczej lubiła, poza momentami, w których koleżanka udowadniała swoją wyższość. I robiła to w bardzo chytry sposób – nigdy nie krzyczała na Carolinę, nigdy się z nią nie kłóciła. Carola czuła, że czasem chciałaby się pokłócić z tą idealną i piękną Cielito. Może wtedy w końcu koleżanka zaczęłaby zachowywać się normalnie.
Cielo nie miała pojęcia o tym, że Carolina weszła za nią na dach. Nawet jej nie zauważyła, bo była zbyt pochłonięta wpatrywaniem się w mrugające gwiazdy. Carolina siedziała schowana za posągiem mędrca Tlamatini i była bardzo cicho. Cielo nie może się dowiedzieć, że ona tu przyszła.
Maria Cielo de la Luz Alvarez Santibanez była dziewczynką niezwykłą. I była również dziewczynką bardzo roztargnioną, bo kiedy skończyła obserwować gwiazdy, podeszła do drugich schodów, zeszła z nich, chwyciła srebrną klamkę drzwi i wpadła do bardzo ciemnego i bardzo długiego tunelu. Miała wrażenie, że leci bardzo szybko do przodu i ostatnią rzeczą, którą pamiętała, był krzyk Caroliny, która zeszła za nią po tych nieszczęsnych schodach – Cielo nie wiedziała, skąd koleżanka wzięła się na dachu – ale nie odważyła się przejść przez drzwi.

Posiadłość Malfoyów, październik 1995 rok, Wiltshire, Anglia

Narcyza Malfoy była uważana przez większość czarodziejów i czarownic za osobę zimną i wyrachowaną. Przypominała lodowy posążek nie do stopienia. Obchodziła ją tylko jej własna rodzina, a może bardziej własna uroda, nic poza tym. Może tak było w rzeczywistości – Autorka nie będzie w to wnikać, bo i tak lubi panią Malfoy. A może ludzie gadali tak tylko po to, żeby gadać?
Narcyza właśnie wstała z łóżka i szła w kierunku łazienki. Co prawda był środek nocy, ale ona musiała tam iść. Trzymała w łazienkowej szafce igły, a chciała zszyć swoją czarną, koronkowa koszulę nocną, którą Lucjusz trochę rozerwał podczas zbyt namiętnych pieszczot.
Ten to chyba nigdy nie nauczy się delikatności, pomyślała Narcyza, schodząc ze schodów, ale zaraz potem uśmiechnęła się figlarnie na wspomnienie tego, co się działo parę godzin temu. W końcu tak rzadko byli ze sobą. Nie może tak narzekać.
Pchnęła drzwi i weszła do środka, przedtem oświetlając pomieszczenie światłem ze swojej różdżki. Spojrzała na ogromną wannę, przedziwne kafelki z wężami i białą szafę. Jej własną, do której tylko ona miała kluczyk. I nosiła go na tasiemce na szyi. Zdjęła kluczyk, schyliła się, otworzyła szafkę i wyjęła z niej igłę z prawdziwego srebra. Narcyza nie może szyć byle czym. Właściwie mogła poprosić skrzaty, żeby zaszyły to rozdarcie za nią, ale nie zrobiła tego. Wolała sama naprawić swoje czarne koronki.
Poszło jej to dosyć sprawnie, ale ukuła się w palec, z którego pociekło parę kropel krwi, ale Nari nie zrobiła z tego tragedii. Odkręciła kran, wsadziła palec pod wodę i po chwili było już po wszystkim.
Wyszła z łazienki, myśląc, że jutro, a raczej już dzisiaj, będzie lepsza dla Lucjusza. Może zaczną w końcu rozmawiać ze sobą normalnie? Tylko, że on nie będzie z nią rozmawiał. Narcyza nie wiedziała co robić. Gdyby znała jakieś zaklęcie, którym mogłaby go zmienić, ale nie znała. Gdyby był jakiś eliksir, ale nie miłosny – nie było. A niech tam. Trudno.
Być może jej rozmyślenia doprowadziły do tego, że nie wróciła do sypialni, tylko przeszła przez inne, ciężkie, mahoniowe drzwi i, podobnie jak Cielito, wpadła do długiego i ciemnego tunelu. Miała przeczucie, że nieprędko zobaczy męża.
I bardzo dobrze, pomyślała, lecąc z zawrotną prędkością do tyłu.

*~*~*

Październikowe słońce przeświecało przez kolorowe liście drzew rosnących w ogrodzie. Jego promienie odbiły się od szyby sypialni, przedostały się przez firanki i spoczęły na twarzy Lucjusza.
To będzie jego dzień. Dzień, w którym w końcu pogodzi się z żoną. Dzień, w którym zaczną wszystko jeszcze raz.
Otworzył oczy i powiedział:
- Dzień dobry, ko... – urwał, bo Narcyzy nie było w łóżku. Schylił się, ale pod łóżkiem też jej nie było.
Dziwne, bardzo dziwne. Na razie się tym nie martwił, przecież mogła już wstać. Nie musi się tak o nią martwić. Wstał, ubrał się i wyszedł z pokoju, żeby coś zjeść zanim pójdzie do pracy.
Otworzył drzwi i zobaczył, że na korytarzu leży jakaś dziewczyna.
Wróć!
Przed Lucem nie leżała dziewczyna. Przed Lucem leżało Zjawisko, bo ciężko było tę piękność nazwać dziewczyną.
I pomyśleć, że kiedyś podobała mu się Narcyza... A Zjawisko, które przed nim leżało, było o wiele piękniejsze niż jego żona, która gdzieś zniknęła. Przestał się o nią martwić.
Narcyza zdawała się być wspomnieniem z przeszłości. Teraz najważniejsza była ta śliczna brunetka. Lucjusz nawet nie zastanawiał się, skąd ona wzięła się w jego domu. Popatrzył przez chwilę na jej czarne włosy, na jej białą koszulę nocną i nagie opalone nogi.
Najchętniej...
Poleciałby na nią.

Autorka spojrzała na pana Malfoya z niesmakiem.
- Przepraszam bardzo – powiedziała, nerwowo stukając w klawiaturę – ale ja nie używam takich zwrotów. Sam to pan powiedział.
- Czegoś się nauczyłaś od ostatniego spotkania - zauważył Lucjusz – zwracasz się do mnie per pan. Niesamowite.
Autorka odchyliła się na krześle i przerzuciła przez oparcie swoje brązowe włosy, które parę dni temu prostowała swoją prostownicą. Dziś już nie były proste, bo trochę jej się skręciły, gdy mokła na deszczu.
- No pewnie – mrugnęła do niego. – Niech pan nie zapomina, że tak czy siak mam nad panem władzę w tym opowiadaniu.
- Ale to jest opowiadanie dedykowane, tak?
- Owszem.
- Przekaż swojej MS najlepsze życzenia urodzinowe ode mnie.
- Nie mam żadnej MS.
- Wiesz, o kogo mi chodzi.
Autorka okręciła kosmyk włosów wokół palca. Oczywiście wiedziała, kogo Lucjusz miał na myśli. I bynajmniej nie była to Cielito.
Autorka była w bardzo muzykalnym nastroju. Nie zważając na obecność Luca w pokoju zaczęła śpiewać:

Noce takie są upalne
I słowiki spać nie dają
A przez okno mojej izby
Strachy jakieś zaglądają

- A skąd ta piosenka? – zapytał zdziwiony pan Malfoy.
- A ze śpiewnika – odpowiedziała Autorka. – Coś mnie dziś na nią naszło.
- Tylko pomyliłaś pory roku. Jest październik, jesień. Nie ma upałów, już o słowikach nie wspominając.
- A nie, bo u mnie jest grudzień.
- To może lepiej zaśpiewasz kolędę?
- Jeszcze nie ma Świąt – odparła Autorka. – A może pan sam zaśpiewa, co? Ale nie kolędę, tylko serenadę.
- Niby dla kogo?
- Może być dla mnie. Autorka czekała, Luc chodził po pokoju, ale do śpiewania jakoś się nie brał. Szkoda.
- Wie pan co? Niech pan lepiej wraca tam, gdzie jest pana miejsce. Muszę jakoś skończyć opowieść o Cielito. Czuję się rozczarowana. Nawet nie chce pan dla mnie śpiewać.
- Nie będę dla ciebie śpiewać, bo nie jesteś żadną, cholerną Mary Sue!
- A pan tylko dla nich śpiewa? A dużo ich pan ma? Powiem Narcyzie. A teraz niech pan znika.
Autorka westchnęła i zobaczyła, że Lucjusza nie ma w pokoju.
Poszedł sobie. Może powrócić do historii Marii Cielo de la Luz Alvarez Santibanez, zwanej przez przyjaciółki Cielito.


Cielo otworzyła oczy, Lucjusz zauważył, że mają dziwny kolor, i spojrzała na mężczyznę stojącego nad nią.
W końcu jakiś facet! Hurra! Nie wiedziała, gdzie jest, ale chciała tu zostać. Przebywanie przez pięć lat w towarzystwie samych dziewczyn było na dłuższą metę męczące. Nie mogła wokół nich roztaczać swoich bądź co bądź erotycznych uroków. Bo Cielito pomimo młodego wieku, wiedziała, jak działa na mężczyzn. A w Colegio de Coatlicue większość nauczycieli płci brzydkiej była, co tu dużo mówić, stara i zgredowata. Za to ten tutaj! Cud, miód i orzeszki. I te jego zimne spojrzenie. Ach, ach.
Westchnęła po pensjonarsku i wstała z podłogi.
- Hola! – powiedziała wesoło, pięknym głosem. – Donde estoy yo?
Hiszpański. Czemu na Salazara ona mówi po hiszpańsku, zastanowił się Lucjusz. Przecież on nic nie rozumie. To siostra Narcyzy, ta zdrajczyni Andromeda, zajmowała się obcymi językami, ale nie on. Pozostało mu tylko zaklęcie Converto. Wyciągnął różdżkę i machnął nią w stronę dziewczyny, jednocześnie wypowiadając odpowiednie zaklęcie.
- Kim jesteś? – spytał, patrząc na nią nieprzytomnym wzrokiem. Oby nie była złudzeniem. Taka ślicznotka. Taka...
- Nazywam się Maria Cielo de la Luz Alvarez Santibanez – wyrzuciła z siebie jednym tchem – ale przyjaciółki mówią do mnie Cielito. Cielo to niebo po hiszpańsku.
Niebo. A on tkwił w jakimś piekle, albo innym przeklętym miejscu. Oczy tej dziewczyny były jak ciemne niebo w noc bez księżyca.
Lucjusz nawet nie pomyślał o tym, że nie myśli normalnie, że nie zachowuje się normalnie. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że Cielito rzuciła na niego urok.
W końcu była doskonała czarownicą, której różdżka nie jest potrzebna do rzucania zaklęć.
Ale Luc o tym nie wiedział.
Poprosił ją do kuchni, rozkazał skrzatom, by podały im śniadanie i wypytał dziewczynę, skąd się wzięła w jego domu. Kiedy Cielo wypiła kawę i zjadła tosty, Lucjusz już wiedział, że jest z Meksyku i że uczęszcza do żeńskiej szkoły magii.
Swoją drogą, ciekawe zwyczaje mają na tej drugiej półkuli. Dziewczyna podobno wpadła do jakiegoś tunelu i w ten sposób znalazła się w dworze.
A Narcyzy jak nie było tak nie ma. Odeszła! Zostawiała go! Straszna kobieta, straszna!
Lucjusz wiedział, że jest już spóźniony, ale postanowił nie iść do pracy. Chciał zatrzymać Cielito w domu, ale gdy usłyszał, że dziewczyna chciałaby pójść do Hogwartu, skoro już jest na Wyspach, postanowił zabrać ją na Pokątną, żeby kupić jej niezbędne rzeczy.
W końcu nie może pozwolić, żeby chodziła po Hogwarcie w nocnej koszuli.

Colegio de Coatlicue, październik 1925 rok, Meksyk

Narcyza obudziła się i ujrzała jasne niebo nad swoją głową. Podłoże, na którym leżała było strasznie twarde. Bolały ją plecy, kręciło się w głowie i bardzo chciało jej się pić.
Gdzie ona jest? Pamiętała, że pomyliła drzwi i wpadła do jakiegoś tunelu. Dziwne, bardzo dziwne.
Podniosła się i wstała. Zobaczyła, że jest na dachu jakiegoś budynku, który otacza gęsty las.
Dżungla! Arystokratka w dżungli! Po jakie licho ona nie wróciła do tej sypialni! Teraz Luc pewnie zabawia się z jakąś panienką.
Ale ona mu pokaże jak wróci. Dostanie od niej patelnią!


- A zastanawiałaś się może, skąd weźmiesz patelnię? - spytała Autorka.
- Mogę pójść nawet do Biedronki – skrzywiła się pani Malfoy – ale patelnię muszę mieć.
- Nie kłóćcie się za bardzo z Lucem – poprosiła Autorka. – Jesteście bardzo ciężkimi bohaterami.
- Nie obrażaj mnie – ostrzegła Narcyza Autorkę. - Bo ty też dostaniesz patelnią.
Autorka pokiwała przecząco głową.
- Nie, nie dostanę, możesz być spokojna. Ty tego na pewno nie zrobisz.
- Kto wie? – zapytała tajemniczo Nari i zniknęła, zanim Autorka zdążyła ją pożegnać.


Musiała jakoś się stąd wydostać. Zeszła po kamiennych schodach, otworzyła drzwi i stanęła twarzą w twarz z dziewczyną, tak na oko piętnastoletnią, ubraną w szmaragdową szatę i z krótkimi włosami założonymi za uszy.
Narcyza spodziewała się jakiś dzikusów, buszmenów, kanibali, czy jak tam oni się zwą i krwawej ofiary – być może ona byłaby tą ofiarą – a tymczasem natknęła się na tę dziewczynę o nieco indiańskiej urodzie. Dziewczyna wyglądała na pokojowo nastawioną i na dodatek była czarownicą. Nari już zdążyła dostrzec różdżkę wystającą z jej szaty.
- Buenos dias, seniora - odezwała się nieznajoma.
- Bue – urwała Narcyza. Nie znała hiszpańskiego. Fatalnie. A mogła jeździć z Andrą na wycieczki zagraniczne. Tylko Lucjusz się na to nie zgadzał.
Jesteś daleko, nie myśli o nim!
Pokazała dziewczynie na migi, że chce pożyczyć od niej różdżkę. Carolina zawahała się przez chwilę, ale podała swoją różdżkę tej białej kobiecie, o długich, jasnych włosach. Bała się jej, bo nieznajoma spoglądała na nią z pogardą. Co oczywiście prawdą nie było, bo Narcyza nie miała w zwyczaju spoglądać na inne czarownice z pogardą. Po prostu patrzyła ze zdziwieniem na Carolinę. I, podobnie jak Luc, rzuciła zaklęcie Converto.
- Czy możesz mi powiedzieć, gdzie ja jestem? – zapytała Narcyza.
Dziwna ta kobieta, pomyślała Carola, może pijana, albo co. Ale raczej nie wygląda na taką. I nie wiadomo, skąd ona się tu wzięła. I gdzie jest Cielito? Bo Carolina szukała jej cały ranek, kiedy okazało się, że towarzyszki nie ma w pokoju. Jej zniknięcie pewnie wiązało się z przejściem przez te drugie drzwi. Gdzie też ona może teraz być?
- Jest pani na terenie Colegio de Coatlicue, żeńskiej szkoły magii w Meksyku – powiedziała Carolina. – A teraz ja zadam pani pytanie – jak się pani tu znalazła?
- Nie mam pojęcia – odparła Nari zgodnie z prawdą. – Musiałam przejść przez nieodpowiednie drzwi. Pamiętam jakiś ciemny tunel.
Carolina nabrała powietrza w płuca, po czym wypuściła je ze świstem.
- Czy wie pani o tym, że jedna z moich koleżanek zniknęła? Nigdzie jej nie ma, a my za dziesięć minut zaczynamy lekcje.
- Może poszła do dżungli?
- Raczej nie. Nie wolno nam chodzić do dżungli.
- Chyba musisz powiadomić o tym dyrektora w takim razie.
- Dyrektorkę, w tej szkole jest dyrektorka.
- No to chodźmy. Ja się zapytam, jak się stąd wydostać.

Hogwart, październik, 1995 rok, gdzieś w Szkocji

Cielo była naprawdę zadowolona z wycieczki na ulicę Pokątną. Pan Malfoy kupił jej wszystkie książki, różdżkę, mimo, że dziewczyna jej nie potrzebowała i szkolne szaty. Szkoda, że były czarne, a nie szmaragdowe. Zamiast tego poprosiła pana Malfoya o różową, mocno wydekoltowaną bluzeczkę - w końcu musiała jakoś podrywać tych przystojniaków w Hogwarcie – i wściekle fioletowe kozaczki na dziesięciocentymetrowej szpilce. Trochę się zdziwiła tym, że na Pokątnej można dostać takie rzeczy, bo moda obowiązująca na Callejon Platadeo była zupełnie inna. W ogóle Cielo zauważyła, że ludzie na Wyspach są dużo bardziej nowocześni od tych z Meksyku. I to powinno było ją zaalarmować. Ale tak się nie stało.
Bardzo cieszyła się z tego, że pójdzie do Hogwartu. Kiedyś to było jej marzenie, ale matka nie chciała się zgodzić, po tym, jak jej ojciec został zamknięty w Maritas, a kochanka matki ktoś zamordował podając mu wolno działającą truciznę do kawy, którą pijał codziennie, a jej nowonarodzona siostra okazała się być bardzo podobna do ogrodnika z hacjendy. Matka Cielo zadecydowała, że musi mieć ją blisko siebie. Nie wysłała jej do Hogwartu.
Za to teraz będzie inaczej. Maria Cielo de la Luz w końcu pójdzie tam, gdzie pójść powinna.

*~*~*

- Co się dzieje? – spytał Ron po skończonym śniadaniu, pewnego pięknego październikowego dnia, w którym sufit w wielkiej sali był pokryty pierzastymi chmurkami. – Czemu McGonagall niesie stołek i tiarę? Przecież przydział był ponad miesiąc temu! Zapomnieli o kimś?
- Ciszej, Ron! – skarciła go Hermiona, wymachując resztką swojego tosta. – Prawdopodobnie będziemy mieć nową uczennicą w Hogwarcie. Słyszałam wczoraj, jak Dumbledore rozmawiał o tym wczoraj z Malfoyem.
- Stary Malfoy tu był? – zapytał Harry. – Pewnie przyprowadził tu jakiegoś zamaskowanego śmierciojada. Nowa uczennica! Ja w to nie wierzę. To na pewno będzie jakiś szpieg Voldemorta. Ale nie martwcie się – wstał i dumnie wypiął pierś. - Ja was obronię w razie czego!
- Tak, tak, wielki Harry Potter, nieustraszony pogromca zła, który tak długo walczy z ciemną stroną mocy was obroni! Nie damy się tej nowej dziewczynie! – krzyknął Fred Weasley z zapałem i walnął pięścią w stół. – Nie będzie żaden śmierciojad panoszył się po Hogwarcie!
Profesor Dumbledore, sędziwy czarodziej, zwany w niektórych kręgach Dropsem, wstał ze swojego krzesła i rozejrzał po sali, po czym przemówił:
- Od dziś do Hogwartu będzie chodzić nowa uczennica. Przedtem uczęszczała do Colegio de Coatlicue w Meksyku, ale pewne smutne okoliczności, których znać nie musicie, zmusiły ją do tego, by pójść do Hogwartu. Będzie się uczyć na piątym roku. Rozmawiałem z nią i jest to naprawdę niezwykła dziewczyna. Powitajcie ją, oto ona!
Do Wielkiej Sali wkroczyła dziewczyna. A raczej Zjawisko – bo chłopcy, kiedy zobaczyli tę zjawiskową, ciemnowłosą piękność, padli jak muchy. Ona musi być moja, mówili jeden przez drugiego. Taka ślicznotka! W końcu jakaś dziewczyna o egzotycznej urodzie!
Cielo była ubrana w czarną szatę, rozpiętą, spod której uwodzicielsko wystawała minispódniczka, a na nogach miała te kozaczki na szpilce. Włosy zebrała w węzeł na karku, a delikatny makijaż – kreski na powiekach i błyszczyk na ustach – dodawał jej urody. Podeszła do Dumbedore’a.
- Jestem Maria Cielo de la Luz Alvarez Santibanez, ale przyjaciele mówią do mnie Cielito. Bardzo się cieszę, że będę chodzić do Hogwartu. Zawsze o tym marzyłam. Mam nadzieję, że będziecie moimi przyjaciółmi. Ja na pewno będą waszą przyjaciółką.
Skończyła i usiadła na stołku. Profesor McGonagall nałożyła jej tiarę na głowę.
- Widzę ogromne możliwości – odezwała się tiara – jesteś bardzo dobrą uczennicą, w zasadzie lepszej nie spotkałam, chcesz pomagać ludziom i wiesz, czego chcesz. Widzę odwagę, dużo odwagi. I brak szacunku dla zasad. I wielkie oddanie przyjaciołom. W zasadzie nie wiem, gdzie cię przydzielić. Pasujesz do każdego domu. Sama dokonaj wyboru.
- Naprawdę mogę? – spytała Cielo. – No dobrze. Niech będzie Gryffindor. Zawsze chciałam znaleźć się w tym domu.
- Jesteś pewna? Pamiętaj, że potem nie będziesz mogła zmienić swojej decyzji. To jak, Gryffindor?
Cielito pokiwała twierdząco głową i zaraz potem tiara krzyknęła na całą salę:
- GRYFFINDOR!
Przy stole Gryfonów rozległy się gromkie oklaski, głównie ze strony chłopców, bo dziewczyny niechętnie klaskały, a Hermiona z Ginny ograniczyły się tylko do dwóch zdawkowych klaśnięć.
Cielo podeszła do stołu, przywitała się ze wszystkimi i usiadła obok bardzo niezadowolonej z tego Hermiony.

*~*~*

Kończył się październik, liście spadały z drzew, fale na jeziorze były coraz wyższe, a Cielo czuła się wspaniale w nowej szkole. Za starą wcale nie tęskniła. Tu przynajmniej miała całe grono adoratorów, którzy nosili jej torbę z książkami na lekcje, kroili składniki do eliksirów, pozwalali latać na swoich miotłach i gapili się na jej dziewiczy biust jak hipogryf w malowane wrota.
Po tygodniu przebywania w Hogwarcie Cielo opanowała te zaklęcia, które obowiązują na OwuTemach, wkupiła się w łaski wszystkich nauczycieli i dostała się do gryfońskiej drużyny quidditcha. Na miotle latała wspaniale, tak jakby się na niej urodziła.
Chłopcy na nią lecieli, ale większość dziewczyn nie mogła na nią patrzeć bez odruchu wymiotnego. Bierze się taka i przewraca całe życie szkolne do góry nogami. Draco Malfoy pokłócił się nawet ze swoją Pansy, po tym, jak Pansy odkryła, że jej chłopak spotyka się z tą całą Cielo w pustej sali od historii magii.
Jakby tego było za mało, Dumbledore zdradził Cielo cele działania Zakonu Feniksa i dziewczyna od razu zachciała, żeby walczyć ze śmierciożercami, chociaż do końca nie wiedziała, kim oni są. I nie miała pojęcia o tym, że Lucjusz Malfoy, w którym wypatrywała kandydata na swojego przyszłego męża, również do nich należy.
Cielo była dziewczyną bardzo zdolną a jej zachowanie było wręcz nienaganne. Nauczyciele nie mogli wyjść z podziwu co do jej wiedzy i dyscypliny. Lubili ją prawie wszyscy.
Prawie, bo dziewczynom z gryfońskiego dormitorium Cielo wydawała się przelukrowana do przesady. Taka idealna panienka, która w życiu nie popełniła żadnego błędu. Nie powinna istnieć.
Ale istniała. I to było przykre.

*~*~*

- Narcyza odeszła – powtórzył Lucjusz po raz dziesiąty, przechadzając się po gabinecie Snape’a. - Od dwóch tygodni nie ma jej w domu. Byłem u wszystkich jej przyjaciółek, ale żadna nic nie wie.
- Mówisz mi to już dziesiąty raz – zauważył Snape. – Może czegoś na uspokojenie?
- Dziękuję, obejdzie się – Luc machnął ręką. - Nie ma jej, za to jest Cielito...
- Cudowna dziewczyna – Snape też był pod jej urokiem. – Dawno nie było tak pojętnej uczennicy. I to Gryfonka.
- Gdybym był młodszy, pewnie bym się z nią ożenił – rozmarzył się pan Malfoy. - Taka kobietka...
- Myślałem, że wolisz blondynki.
- A czy to takie istotne?
Stanął na środku gabinetu i zaczął ku zgorszeniu Mistrza Eliksirów i zdziwieniu Autorki śpiewać:


Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki całooowaaać chcę,
Lecz przyznam się, o jednej tylko śnięęęę
Tej wyśnionej, wymarzonej, dam serce sweeee...

- A potem ją pan zabije – odezwała się Autorka.
- Robisz za wróżkę Kasandrę? – spytał Luc. - Nie wiedziałem, że umiesz przepowiadać przyszłość.
- A widzi pan. Jestem bardzo zdolna. To ja powinnam być Mary Sue, nie Cielo.
Lucjusz przyjrzał się uważniej Autorce i zacmokał cicho.
- Nie, ty nie wyglądasz na Mary Sue. Wyglądasz normalnie. A to, że nie jesteś normalna, cóż, każdy ma jakieś odchyły, ale Mary nie przypominasz. Przykro mi.
- A Rudolf mówił, że jestem Mary.
- Tak, dla niego każda to Mary. Każda lepsza od Bellatrix, a i tak był w nią wpatrzony jak w obrazek. Nadal jest w nią wpatrzony, a to tyle czasu minęło od chwili, w której się poznali... I Bella już dziś nie jest tak piękna jak dawniej.
- To dobrze czy źle? – zapytała zaciekawiona Autorka.
- Ja dla kogo. A ty lepiej sprowadź Narcyzę z powrotem.
- Ojej! Mężuś się stęsknił? - ironizowała Autorka. Uwielbiała go denerwować. I tak nie mógł nic jej zrobić. - No to może ta piosenka?
Wstała z krzesła i zaśpiewała:

Cztery razy po dwa razy osiem razy raz po raz
O północy ze dwa razy i nad ranem jeszcze raz

Po czym ukloniła się grzecznie i wróciła do pisania.

- Ale tym masz skojarzenia! Dziewczyno! Bój się Merlina! Jesteś jakaś niewyżyta.
- No nie! – oburzyła się Autorka. - To pan ma jakieś skojarzenia, nie ja. To pan jest niewyżyty, nie ja. To pan rozdarł Narcyzie koszulę nocną – zębami, słodka Helgo! – a nie ja! Ja jestem niewinna.
Autorka zatrzepotała rzęsami. Pana Malfoya już nie było w pokoju.


Hacjenda Elviry Alvarez Santibanez, listopad 1925 rok, gdzieś w Meksyku



Matka Cielito była załamana zniknięciem swojej córki, nawet chciała rzucić na siebie autoavadę, ale potem doszła do wniosku, że musi żyć. Chociażby dla młodszej siostry Cielo.
Córka gdzieś odeszła i mimo, że czarodzieje dokładnie przeszukali teren całej szkoły i nawet Callejon Platedeo, bo tam też dziewczyna mogła być, nie znaleźli jej.
Elvira, żeby się trochę pocieszyć, zaprosiła do siebie Narcyzę, która przebywała sama w obcym kraju, na drugiej półkuli i czuła się strasznie samotnie.
Obie panie siedziały na ławeczce na starym, czarodziejskim cmentarzu, należącym do przodków Elviry. Zgodnie ze zwyczajem, co prawda mugolskim, ale przejętym przez niektórych czarodziejów, na Zaduszki zostawiało się zmarłym jedzenie na grobach, bo wierzono, że duchy przychodzą, żeby się posilić. Na czarnych płytach postawiły najlepsze potrawy i dzbanki z winem. A potem zapaliły świeczki.
- Brakuje mi Cielito – powiedziała Elvira, przerywając ciszę.- To jest niezwykła dziewczynka.
Narcyza słyszała to chyba już dwudziesty raz w ciągu tego dnia. Elvira zaczynała się robić męcząca – niezwykła dziewczynka. Też coś. Pewnie zwyczajna przeciątniaczka, jak wszystkie tutaj. Przypatrzyła się niektórym uczennicom w Colegio i doszła do wniosku, że większość z nich wygląda tak samo. Ubierały się strasznie staroświecko – Meksyk chyba nie może być aż tak zacofany? – bo taki krój szat wyszedł z mody jakieś sześćdziesiąt lat temu.
Narcyza mieszkała u Elviry, pomagała pielęgnować rośliny w jej ogrodzie, poznała historię Jose Augusta, który był więziony w Maritas, dowiedziała się, że mała Sol Paola Tatiana jest dzieckiem z nieprawego łoża, ale Elvira ani słowem nie wspomniała o tym, że jest to córka ogrodnika. Takie rzeczy lepiej zachować dla siebie.
Ogrodnika co prawda zwolniła jeszcze przez narodzinami Sol, ale zawsze lepiej uważać. Nie wiadomo, co w przyszłości strzeli córeczce do głowy. Gdyby poszła w ślady tego mugola, Elvira pewnie rzuciłaby w siebie autoavadę. A potem w nią.
Sol nie była czarownicą czystej krwi. Nie wiedziała o tym. I to bolało.
Gdyby tylko Elvira mogła się jakoś skontaktować z Jose Augustem! Ale więzienie na Maritas było takie straszne. I bardzo pilnie strzeżone. Albo gdyby żył Mariano. Wszystko byłoby inne. Może Cielo nie znikłaby wtedy tak bez słowa?
Narcyza była dziwnie spokojna i zupełnie nieświadoma tego, że świstoklik, który miał ją przenieść do Wiltshire, nie zadziała.
Nie miała pojęcia o tym, że przechodząc przez tamte drzwi, wpadła do tunelu, który ją przeniósł siedemdziesiąt lat wstecz.

Hogwart, listopad 1995 rok, gdzieś w Szkocji



Luna Lovegood szła na historię magii z książką pod pachą i kolczykami w kształcie marchewek – fioletowych, żeby była jasność – w uszach, kiedy na schodach wpadła na tę okropną Cielo. Na szczęście w pobliżu nie było żadnego, śliniącego się adoratora, bo tego byłoby już za nadto. Wystarczy ta dziewczyneczka.
Słodka Cielo.
Jak lukier na torcie.
Luna, wpadając na Cielito, wypuściła z rąk księgę, z której wypadł plan zajęć. Cielo schyliła się, podniosła i przyjrzała się uważnie pergaminowi, na którym Luna napisała:

Plan zajęć Luny, rok 1995, Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart, Ravenclaw, czwarty rok (nareszcie, tata mówi, że program na czwartym roku jest bardzo ciekawy, oby).

Poniedziałek

9.00 – 11.00 – eliksiry (jakoś przeżyję)



Cielo nie czytała dalej. Wypuściła kartkę z rąk. Jak to rok 1995? Przecież jest rok 1925! Słyszała, że ta Luna jest dziwaczką i teraz miała tego dowód. Czemu napisała na tym planie inny rok, niż jest w rzeczywistości?
- Który teraz mamy rok? – zapytała niepewnie. Cała drżała na myśl o tym, że naprawdę może być ten 1995. Ale to byłoby niemożliwe. Ona już by dawno nie żyła.
- 1995, to chyba jasne, nie? A teraz przepraszam, ale muszę iść. Już jestem spóźniona.
Luna schyliła się po swój plan, podniosła go, schowała do księgi i zbiegła ze schodów.
Natomiast Cielo udała się w stronę gabinetu Dumbledore’a. Musi się dowiedzieć, czy to prawda. Teraz. Natychmiast!
Bo jeśli tak, to zaraz wróci do Meksyku.
Miała nadzieję, że przejście u pana Malfoya nadal działa.

*~*~*

- Cielo! Byłaś moim niebem, moją gwiazdeczką, czekoladką, wiedz, że zawsze pozostaniesz w moim sercu. Dobrze, że znalazłaś się w moim domu, a nie na przykład u tego pchlarza Blacka. Nigdy cię nie zapomnę.
- Była taka dobra z eliksirów.
- Miała takie zachwycające oczęta. Ciemne, jak nocne niebo.
- Była taka dobra dla nas wszystkich.
- Cudowna dziewczyna.
- Idealna. Na pewno byłaby doskonałą aurorką.
- Albo śmierciożerczynią.
- Zobaczyła we mnie normalnego chłopaka, a nie ciamajdę.
- Nasza meksykańska piękność.
- Będzie nam jej brakować.
- Na pewno.
- Na pewno?
- No jasne. Dziś już nie ma takich dziewczyn.
...

Autorka spojrzała na ten bajzel, który pojawił się w jej opowiadaniu i trafił ją szlag nagły, a niespodziewany.
- Cisza! Cisza! – zaczęła wykrzykiwać, waląc repetytorium z angielskiego w biurko. – Uspokójcie się wszyscy, do jasnej Anielki! Ona musiała odejść, bo to była Mary Sue.
- To nie była żadna Mary! To była moja Cielo! Moje niebo, moje...
- Niech się pan zamknie, panie Malfoy – Autorka była brutalna. – Nie ma żadnej Cielo. Niech pan lepiej przeprosi Nari, jak wróci do domu. Na kolana, rączki całować, śpiewać dla niej serenady pod oknem! I niech pan nie robi takiej miny, jak urażony Kicjusz. Póki co, to ja piszę to opowiadanie.
- I dlatego jest takie dziwne.
- Bo ja normalnego chyba już nie napiszę – przyznała szczerze Autorka i wysłała bohaterów tam, gdzie ich miejsce.


Mieszkanie Autorki, grudzień 2005 rok, Gdańsk, Polska

Autorka sprowadziła Narcyzę do Wiltshire, a Cielito odesłała do Meksyku. Obie panie były z tego bardzo zadowolone, ale chyba bardziej cieszyła się Nari, która mogła w końcu wypróbować patelnię na Lucjuszu.
- Ile razy mam powtarzać, żebyś się z nim nie kłóciła? - spytała Autorka znad swojej filiżanki z cappucino. - To jest dla mnie bardzo męczące. Ja was lubię, staram się zrobić z was ludzi, a wy tak mi się odwdzięczacie? Zostaw patelnię. Załóż dziś tę koszulkę z koronek. On tego chce. Chce cię w niej oglądać.
- Tobie to tylko jedno w głowie – zauważyła pani Malfoy, częstując się kruchym ciasteczkiem. - Jakaś...
- Tak, wiem – powiedziała Autorka. – Jestem niewyżyta. Twój mąż już mi to powiedział. Ale weźcie pod uwagę to, że wy jesteście niewyżyci. Jam niewinna.
- Cnotka.
- A tak.
- No to przekaż tej Drugiej Niewinnej najlepsze życzenia urodzinowe ode mnie. Muszę już iść. Mąż czeka.
- Będziesz mdlała z rozkoszy w jego ramionach? – zaciekawiła się Autorka. - Bo Druga Niewinna mówiła, że tak.
- Raczej nie będę, chociaż, kto wie, kto wie? W końcu to ty piszesz. Może dzisiaj nie, ale kiedyś. To musi być wspaniałe. Kiedyś spróbuję odstawić ten teatrzyk. A póki co, do widzenia.
- Do widzenia!
Autorka westchnęła z ulgą. Nareszcie cisza, nareszcie spokój. Od tego pisania już zlasował jej się mózg.
Oparła się wygodnie o krzesło i włączyła „Cielito lindo”.
I już po chwili śpiewała piosenkę razem z prawdziwym wykonawcą, zastanawiając się, jakie następne opowiadanie napisze.
O reakcji Drugiej Niewinnej wolała nie myśleć.

Finito!



Teraz objaśnienia. Tytuł z hiszpańskiego, jak widać. " Cielito lindo" to tytuł starej pieśni meksykańskiej, z lat 20-stych bodajże. Oznacza "Piękne niebo", ale też odnosi się do naszej bohaterki Smile.
Coatlicue to wedłu mitolgii azteckiej bogini ziemi, życia i śmierci. Wyobrażana jako kobieta w spódniczce z węży, bogini ziemi. W wierzeniach azteckich symbolizowała Ziemię – dawczynię życia i Ziemię – pożerającą wszystko, co w niej pogrzebane. Wybrałam ją na patronkę tej szkoły magii.
obrazek

Kicjusz to oczywiście mój własny kot, a pan Malfoy śpiewał przedwojenny szlagier Jana Kiepury.

Tłumacznia -

Hola! Donde estoy yo? - Cześć, gdzie ja jestem?
Buenos dias, seniora - Dzień dobry pani.

Powered by phpBB © 2001,2002 phpBB Group